Pakowanie plecaka to osobna historia, tak długa jak samo podróżowanie. Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej plecakowej podróży na Krym, Anno Domini 2008 zdaje się. Miałam wtedy plecak polskiej firmy Campus, charakteryzujący się słabą jakością wykonania i niesłychanie cienkimi szelkami, które na ramionach zostawiały czerwone ślady i wysypkę. Wtedy, w tym 2008 roku, zupełnie nie przyszło mi do głowy, że rzeczony plecak będę musiała nosić na plecach w trakcie całej tej podróży. Napakowałam więc do niego przeróżnych kreacji, jedzenia i niepotrzebnych szpargałów, by po 24-godzinnej podróży ukraińskim pociągiem wysiąść w Symferopolu i przekonać się, że noszenie tego wszystkiego w majowym upale szybko mnie przerośnie.
Nauczona doświadczeniem, przed następną podróżą plecak spakowałam, założyłam na plecy, po czym maszerowałam w kółko po pokoju przez 20 minut by się przekonać, czy nie jest za ciężki. Był. Doszłam tak, zdaje się, do jakichś 10 kilo, wyrzucając w tym marszu to butelkę toniku do twarzy, to dziesiątą parę bielizny, to książkę, której i tak nie przeczytam i tak dalej.
Pomimo rosnącego doświadczenia wciąż nie jestem ekspertem do spraw pakowania. Przedsięwzięcie to spędza mi sen z oczu już kilka dni przed planowanym wyjazdem. Mam swoje wzloty i upadki. Plecak na pierwszy wyjazd do Azji uważam za przykładnie spakowany. Zabrakło mi być może jedynie ciepłego swetra, którym poratowała mnie przypadkowo spotkana osoba - inaczej pewnie zdrowiem bym przypłaciła tę lekkomyślność. Zanotowane. Sweter, nawet w tropikach, musi być.
Pakowanie się do tropików to sprawa nieco łatwiejsza, a na pewno lżejsza. Odpada śpiwór, odpadają kurtki i ciężkie buty. Mój plecak miał zdaje się około 7 kilo i niczego mi nie brakowało. Doszłam do tego, że w długich podróżach:
1. zakładam, że przynajmniej co tydzień uda mi się zrobić pranie, w związku z czym liczbę bielizny ograniczam do 5-6 (w tropikach skarpety również się nie przydają, jedna-dwie pary zupełnie wystarczą)
2. kosmetyki kupuję jedynie w małych tubkach i (być może nie chcecie tego o mnie wiedzieć) korzystam z uprzejmości moich hostów w kwestii pasty do zębów, szamponu itd. licząc na ich wyrozumiałość
3. staram się mieć przy sobie tzw. wypełniacze czasu, i na tym miejsca nie oszczędzam: notes do pisania, laptop, zestaw do plecenia biżuterii no i moje ukochane ukulele. Laptop jest być może kontrowersyjnym towarzyszem podróży, zwłaszcza ostatnio, gdy elektryczność jest na mojej drodze rzadko spotykanym luksusem. Człowiek jednak uczy się w podróży sporo o sobie, i jak się okazało w moim przypadku, możliwość założenia słuchawek i samotne odpłynięcie w film, serial, czy ulubioną muzykę jest po prostu niezbędne do zachowania higieny psychicznej. Wiadomo, że w podróży najwspanialsze jest poznawanie nowych ludzi, ale czasem człowiek musi po prostu pobyć trochę sam.
4. jako prowiant zabieram właściwie wyłącznie około półkilową torebkę orzechów, pestek i bakalii. Okazuje się, że w Europie Zachodniej ich ceny są zawrotne, co nauczyło mnie ograbiać przed każdym wyjazdem spiżarnię mamy (mamo, nie przestawaj mnie kochać!). Chrupię je w chwilach głodu (z jabłkiem czy innym owocem to już całkiem niezły posiłek!) i dorzucam do płatów owsianych, a na płatkach można całkiem nieźle żyć nawet kilka dni!
Wciąż jednak, jako baba, największy dylemat mam z ciuchami. Ciuchy zawsze były moją słabością, stwierdzam to sama, patrząc na swoją przepastną szafę, do której latami znosiłam przeróżne dziwactwa upolowane na szmateksach. Nie stać mnie jednak na zabieranie rzeczy zbędnych. Pomimo starań, w każdym spakowanym plecaku zdarza się przynajmniej jedna taka rzecz, której niemal nie miałam na sobie i którą niejednokrotnie ze złości mam ochotę podeptać i wyrzucić. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dawno już nie posiadam specjalnie wartościowych ubrań, a jeśli już takie mam, nie zabieram ich ze sobą. Założenie jest takie, aby w razie czego nie żałować, gdy przyjdzie mi coś wyrzucić lub oddać. Często oddaję lub wymieniam niepotrzebne rzeczy "po drodze". Żelazną zasadą jest "coś na zimno", "coś na gorąco", "coś na deszcz" i "coś na imprezę" a w estetyce rządzi prawo "coś, co się ze wszystkimi innymi cosiami nie będzie za bardzo gryzło".
Pomimo tych wszystkich mądrości życiowych muszę się przyznać, że przy ostatnim wyjeździe przykozaczyłam, wrzuciłam do plecaka na chybił trafił kilka fatałaszków, a przez następny miesiąc plułam sobie w brodę. Także najlepiej nie słuchajcie mnie wcale, tylko niech tu jakaś ciocia dobra rada pomoże mi się spakować, bo za dwa dni znów wyjeżdżam!!!
czwartek, 16 października 2014
środa, 8 października 2014
Stary kontynent welcome to: rozterki Odyseusza
W pewnym urokliwym miejscu we Francji wpadła mi w ręce książka Kundery "Ignorancja". Nie czytam ostatnio zbyt wiele, bo książki niesłychanie ciążą w plecaku a czytnika jeszcze się nie dorobiłam; poza tym internetowe migawki a być może jeszcze inne czynniki [ :-) ]wpłynęły na (nie) możliwość skupienia uwagi na dłużej niż standardowy odcinek sitcomu. Książki nie mogłam nie odnieść do swojej sytuacji, a opowiadała o emigrantce Irenie, która nie odczuwała potrzeby powrotu do "domu", choć wszyscy wokół starają się ją przekonać o tym, jak dużo ten "dom" dla niej znaczy. Jakby gdzieś w szkole średniej ominęła ją lektura "Odysei" i nie zdawała sobie sprawy z kluczowej wartości, jaką jest ojczyzna. Dlaczego nie walczy ze Scyllą i Charybdą, dlaczego nie spędziła dwudziestu lat dryfując w stronę Czech?
Nie mogę powiedzieć, że nie tęskniłam za Polską. Pierwsze kilka miesięcy pamiętam jako dość ciężkie: przystosowanie do klimatu i diety (fantastyczne tajskie jedzenie przez pierwsze pół roku wcale mi nie smakowało i proszę się nie oburzać!), a najbardziej brakowało mi chyba języka, możliwości swobodnego porozumiewania się, lingwistycznych żarcików, kontekstów. Przeszło mniej więcej w tym samym momencie, w którym prędkość czytania po angielsku nieco podskoczyła, a w rozmowie z Australijczykami czy Londyńczykami przestałam pytać "co?" po niemal każdym zdaniu. Jedzenie jest teraz jak moje, bez ryżu ciężko wytrzymać więcej niż dzień, a chleb okazał się usypiający i tuczący. Nawet ser już mnie tak nie kręci. Jedyne, co obiecywałam sobie w ciągu ostatnich miesięcy w Azji, to że kiedy już wrócę do Europy, to wino będę pić codziennie (w Taj niesamowicie drogie). I obietnicy dotrzymałam.
Ale rozchodzi się o co innego. Po półtora roku w Nibylandii, otoczona tłumkiem idealistów, czy też looserów, zupełnie gdzieś straciłam swojego wewnętrznego Odyseusza, który chciałby w Itace w końcu pokazać, kto jest kim, odzyskać straconą pozycję, pokazać żonie, że jednak może i znów wspiąć się na szczyt. Zupełnie mi do głowy nie przychodziły takie kategorie. Myśl o szukaniu pracy w Polsce (dziś już nie taka obca) wydawała mi się wtedy kosmicznym żartem. Plotłam trzy po trzy o Azji (dziękuję wszystkim, którym chciało się słuchać), gotowałam za pikantne na czyjekolwiek podniebienia potrawy i chciałam wymasować stopy całemu światu. Ale więcej też się uśmiechałam a uścisk był znacznie naturalniejszym przywitaniem niż potrząśnięcie dłonią.
Pojechałam podbijać Europę Zachodnią. Paryż mnie zniesmaczył, Lazurowe rozczarowało, Hiszpania natchnęła a w Portugalii lekko zawróciło mi się w głowie (czyżby miłość?). Pojechałam przypomnieć sobie Europę Wschodnią i wróciłam przytyta burkiem. I siedzę tak, w Klepaczach, które pępkiem świata na pewno nie są i myślę i zastanawiam się: gdzie by tu teraz...?
wtorek, 6 maja 2014
Wyspy New Age. Koh Phangan
![]() |
| zdjęcie komórką, zbiory własne :) |
Po porze deszczowej i chłodnej
„zimie” do Chiang Rai powoli zaczęło docierać gorące lato. Wygląda to trochę
jak nasza jesień - liście na drzewach zmieniają kolor i opadają. Nic w tym
dziwnego, bo od kilku miesięcy nie spadło ani kropli deszczu. Poziom rzek spadł
tak nisko, że górskie wodospady wyschły a w suchszych regionach kraju, których
na szczęście nie ma za dużo, zaczęło brakować wody. Na południu Tajlandii
ludzie przyzwyczajeni są być może do upałów, ale na naszej północy, gdzie zimą
nosiliśmy kurtki, czapki i szaliki, 40 C jest nie lada wydarzeniem. Jakby tego
było mało, rolnicy w marcu zaczynają wypalać pola. Jest to tzw. tradycyjna
metoda „slash and burn”: po zbiorach ryżu ryżowiska podpala się, aby popiół
użyźnił glebę. Przy okazji palą się okoliczne łąki i lasy, a całość wymyka się
nieraz spod kontroli. Skutkiem tego jest gryzący dym, dzięki któremu znikły
okoliczne wzgórza (widoczność fatalna!), wszyscy wokół zaczęli kasłać i skarżyć
się na ból głowy oraz zmęczenie. Nie mają w Tajlandii norm unijnych dot. zanieczyszczenia
środowiska, oj nie.
Na szczęście w szkole przyszły
letnie wakacje, a dla mnie, Katii i Luisa oraz wielu młodych nauczycieli –
koniec kontraktu i powrót do domu. Zanim jednak wsiądziemy w samolot, po
dziesięciu miesiącach pracy każdy chciałby zafundować sobie chociaż małe
wakacje. Ja myślałam nad Nepalem i Wietnamem, ale w końcu stwierdziłam, że w
tej najgorętszej porze roku najlepiej wypocznę nad morzem. A na słynnym wyspiarskim
południu Tajlandii byłam tylko raz i to bardzo krótko. Wsiadłam więc w pociąg i
przejechałam jakieś 1500 km na południe (zajęło mi to 2 dni, łącznie z nocną
przeprawą łodzią) na wyspę Koh Phangan.
Południowy cypel Tajlandii
oblewają dwa morza. Z zachodu Morze Andamana, większe i bardziej niespokojne, w
2004 roku niespodziewanie zalało turystów i miejscowych falą tsunami. Ta część
wybrzeża jest bardziej spektakularna, jedne z najpiękniejszych plaż świata
znajdują się właśnie tam (między innymi słynna Maya Bay, gdzie kręcono film
„Plaża” z Leonardo DiCaprio). Miejsca takie jak Koh Phi Phi czy Phuket przyciągają
zamożnych turystów z Rosji (niestety, głównie), Australii i Zachodniej Europy.
Ze wschodu natomiast mamy Zatokę Tajlandzką, mniej zapierających dech w piersiach widoków (choć wciąż, jak dla mnie,
mnóstwo), ale też i mniej nadzianych turystów. Dwie wyspy: Koh Phangan i Koh
Tao uchodzą za mekkę backpackersów, a na pierwszej z nich od dziesiątek lat
odbywa się co miesiąc „Full moon party”. Full moon party to materiał na osobny
rozdział. Powiem tylko, że od lat 80tych, kiedy rozpoczęto rave’y na plaży
nastąpił niesamowity upadek obyczajów i obecnie w Haad Rin (i na szczęście
tylko tam) odchodzi ruja i poróbstwo, zaprawione alkoholem i dragami.
Nieprawdopodobne, jak się młodzież bawi. No ale nic to, Full Moon Party omijam
szerokim łukiem, bo nie mam już 19 lat i perspektywa zachlania się w trupa
przestała mnie już tak mocno ekscytować. Poza tym, Haad Rin jest na szczęście
położona w dość niedostępnym zakątku wyspy, więc większość amatorów Full Moon
Party zostaje bezzwłocznie odtransportowana tam taksówkami i najczęściej nigdy
nie opuszcza swojego imprezowego getta.
Koh Phangan to dość duża wyspa o
powierzchni 125 km kw. Zachodnia jej część jest położona na łagodnych wzgórzach, tam
też znajduje się największe miasteczko i port, dobrze utrzymane i przejezdne,
choć często dość strome drogi, kilka supermarketów (choć wciąż, na szczęście,
brak McDonalda i King Burgera! – stan na 2014 rok). Wschodnie Koh Phangan
pokryte jest gęstą dżunglą, z nielicznymi nieutwardzonymi dróżkami, o
przejechanie których pokusiliby się tylko miejscowi, i to zaopatrzeni w dżipy.
Wschód wyspy jest znacznie bardziej górzysty. W związku z tym, na niedostępne
wschodnie plaże turyści i całe zaopatrzenie dostaje się łodziami. To są dopiero
rajskie plaże!
Większość żywności transportowana jest z
kontynentu, w związku z tym ceny są dość wysokie. Na wyspie uprawia się głównie
kokosy, łowi ryby i owoce morza oraz żyje z turystyki. Niewiele jest jednak wielkich
pięciogwiazdkowych hoteli. Przeważają niewielkie, miejscowe gest hausy, nieraz
chałupiny strzechą kryte, i choć rodowitych Koh Phanganinów (??) jest niewielu,
to styl życia wydaje się wciąż od wielu lat niezmieniony.
Najwygodniej jest poruszać się
po Koh Phangan skuterem. Wypożyczalnie można znaleźć niemal na każdym kroku, a
ceny są niezwykle przystępne – już od 10 zł (100 THB) za dzień. Na stromych
górskich drogach przyda się jednak trochę doświadczenia i mocy silnika –
najlepiej 150 CC lub więcej. Nie wszystkie drogi widoczne na mapach będą
przejezdne – niektóre wciąż są w budowie, a pochyłości 25% to normalka. Nie dla
początkujących! Miejscowi zasuwają po tych karkołomnych szlakach jakby się
wściekli, a mi, po niedawnym wypadku, kolejny się nie uśmiechał, więc byłam
bardzo ostrożna. Mimo to na żwirowej dróżce pędzącej w dół skuter ześlizgnął mi
się i wywalił, dzięki czemu zablokowałam ruch na dobre 10 minut.
Demografia wyspy jest dość
interesująca. Gdyby kogoś na tę wyspę przywieźć z zamkniętymi oczami, pewnie
nie zorientowałby się, że wciąż jest w Tajlandii. Mnóstwo tu Burmijczyków, imigrantów
ekonomicznych, którym za pracę płaci się znacznie mniej niż Tajom. Większość
kelnerów i pracowników hoteli pochodzi właśnie z Myanmaru. Poza tym na Koh
Phangan mieszka mnóstwo Białych. Doskonale można się tu obyć nawet bez podstaw
Tajskiego. Przybysze z Zachodu mają tu swoje biznesy, restauracje, hotele,
kluby, szkoły jogi, kursy masażu, kitesurfingu, nurkowania i agencje
turystyczne. Na Koh Phangan ściągają młodzi hipisi z całego świata. Co jest
takiego magicznego w tajskiej wysepce?
Przed przyjazdem przejrzałam
użytkowników Couchsurfingu, mieszkających na wyspie (dla niewtajemniczonych,
Couchsurfing to metoda na znalezienie darmowego noclegu w wybranym miejscu na
świecie, dzięki rejestracji na stronie internetowej) i skontaktowałam się z
trzema osobami. Szczęście się do mnie uśmiechnęło i dostałam zaproszenie od
Szwedki Fridy, która na wyspie mieszka już od roku. Roześmiana odebrała
telefon, poradziła mi jak dostać się do jej domu, a drzwi na noc zostawiła dla
mnie otwarte – dotarłam na wyspę o piątej rano, po całonocnej przeprawie
łodzią. W wynajętym domu mieszkała czwórka młodych ludzi, żadne nie miało
stałej pracy. Frida robiła ręcznie biżuterię, jej chłopak grał w karty za
pieniądze, Ana malowała obrazy a Francuzka Pasquale wyszywała stroje do tańca
brzucha i imała się mniejszych prac – co popadnie. Dla mieszkańców Zachodu
koszty utrzymania na wyspie są niezwykle tanie. Wystarczy popracować kilka
miesięcy w Szwecji, aby utrzymać się cały rok w Tajlandii. Można też wypaść na
sezon do Australii, wtedy pieniędzy wystarczy nawet na dłużej. Potem można
cieszyć się pięknymi widokami, słodkimi owocami i dobrym, miejscowym jedzeniem.
A co najważniejsze na Koh Phangan? Imprezy.
Turyści przyjeżdżają na wyspę
cały rok, i wkrótce comiesięczne i komercjalizujące się coraz bardziej Full
Moon Party przestało wystarczać. Zaczęto więc organizować Half Moon Party,
Black Moon Party, Shiva Moon i kilka innych cyklicznych imprez, związanych z
fazami księżyca (tradycyjne święta buddyjskie również są z nimi związane, choć
te z Koh Phangan nie maja z nimi wiele wspólnego). Koh Phangan to drugie na
świecie (po Goa w Indiach) największe zagłębie muzyki psychodelicznej – odmiany
muzyki elektronicznej. Są też świetne miejsca grające house i techno. Piękne
lokalizacje klubów i imprez nad brzegiem morza, na szczytach wzgórz otoczonych
dżunglą, czy wokół leśnych wodospadów, niskie ceny zakwaterowania i przyjazne
otoczenie sprawiają, że nie chce się stąd wyjeżdżać. Niejeden przyjechał tu na
tydzień i został rok, a gdy skończyły mu się pieniądze pojechał trochę zarobić
i wrócił tu znów. To trochę, jakby się było w
wyizolowanym świecie, gdzie nikt nie spojrzy na nas krzywo za noszenie
dredów, tatuaży, piercingów itp. Na dziwactwa patrzy się tu przychylnym okiem. I
choć po zejściu z łodzi na przystani witają nas tablice oznajmiające, że
spożywanie substancji psychoaktywnych jest w Tajlandii nielegalne, to nikt
sobie specjalnie nic z tego nie robi. Świątek, piątek czy niedziela, czy to 2 w
nocy czy 1 po południu, impreza trwa. Trzeba się tylko dowiedzieć, gdzie.
Oprócz osławionych imprez z
muzyką trans, której wielbiciele rzadziej piją alkohol a częściej łykają
pigułki, jest też na wyspie nieco inna społeczność. Ogromna szkoła – można by
powiedzieć: uniwersytet jogi nosi nazwę Agama Yoga, znajduje się w zachodniej
części wyspy, Sri Thanu. Wokół niej otwarto mnóstwo mniejszych ośrodków tego
typu, nauczających przeróżnych odmiany jogi często w formie pakietów
tygodniowych i miesięcznych z zakwaterowaniem i posiłkami. Są też detoksy, lekcje na plaży, lekcje
indywidualne, medytacja, spotkania dla kobiet i mężczyzn, Reiki, tantra, nauka
oddychania, czy tajemnicze zajęcia o nazwie „Ecstatic Presence” „Chakra
Breathing”, „Wisdom”, „Samasati” czy „Theta Healing”. Oprócz tego dużo tu
zdrowych, ekologicznych sklepików i restauracji, jest też biblioteka i
księgarnia, w której można kupić książki o buddyzmie i innych wschodnich
religiach oraz tzw. szeroko pojętej duchowości. Miłośnicy zdrowego stylu życia
skupiający się wokół Sri Thanu mają nawet swoją stronę na Facebooku – Koh
Phangan Conscious Community (Świadoma Społeczność Koh Phangan) na której
wymieniają się opiniami, sprzedają zdrowe produkty, zamieszczają wszelakie
ogłoszenia i oferty. Można tu medytować od rana do nocy, a ceny w porównaniu z
zachodnimi znów wypadają niezwykle korzystnie. To miasteczko jest niemal
całkowicie zamieszkane przez adeptów przeróżnych aspektów duchowości, nazywaną
również „filozofią New Age”. Odsetek wegetarian i wegan musi tu być jeden z
najwyższych na świecie. Przechadzając się po kampusie Agamy (sama wybrałam się
tam z zamiarem zapisania na zajęcia jogi) rzuciłam okiem na ludzi
najróżniejszych narodowości, którzy przyjechali tu na zdrowe wakacje. Mój
znajomy wymyślił dla nich nazwę „organiczni ludzie”. W świecie organicznych
ludzi nie liczy się specjalnie mamona, choć również szerzą się przeróżne mody.
Jakiś czas temu ogłoszono na przykład, że do mycia zamiast mydeł i szamponów można
używać octu jabłkowego. W związku z tym w organicznym miasteczku mijając grupy
kobiet można wyniuchać ostrą woń octu, na który zamieniły swoje Chanel. Wiele
firm, co prawda zdaje się, że jeszcze nie u nas, stara się zarobić na
organicznych ludziach sprzedając im produkty zaopatrzone etykietkami „100 %
vegan” „Bio-organic” i przeróżne inne cuda. Ja się pytam, jak żel do
czyszczenia toalet może być „vegan”? Czy ktoś ma zamiar go zjeść?
Dziwna to wyspa, na której można
być ascetą, współczesnym hipisem, mnichem, ale także kompletnym hedonistą i
sportowcem (nie wspomniałam o licznych kursach kitesurfingu, nurkowania,
wspinaczki i wielu rzeczy, o których mi pewnie nie wiadomo). Można wylegiwać
się na plaży w zamkniętym kurorcie All-inclusive – kilka z nich znajduje się na
odciętych od reszty wyspy północnych plażach – albo łazić cały dzień po dżungli
czy wspinać się po skałach. Za to prawie na pewno uda się zapomnieć, że
pieniądz rządzi światem, bo Koh Phangan rządzi się własnymi regułami.
środa, 22 stycznia 2014
Życie prowincjonalne (post intymny)
Około 8 miesięcy temu przeprowadziłam się z Bangkoku do małego miasteczka Chiang Rai, w najbardziej na północ wysuniętej prowincji Tajlandii. Z gorącego, głośnego, i - nie ukrywajmy - dość brudnego miejsca w pachnącą zielenią dżunglę. Wsiąkłam. O niektórych doświadczeniach coraz ciężej mi pisać, bo nie da się ich przedstawić bez długaśnych wstępów i komentarzy, a nie chciałabym ich spłycać opisując w trzech zdaniach. A może po prostu wynajduję sobie usprawiedliwienia dla 5-miesięcznej przerwy na blogu? Możliwe.
Nie opuszcza mnie moja szczęśliwa gwiazda, dobra karma, czy jakkolwiek nazwać te szczęśliwe zbiegi okoliczności. Praca jest niespecjalnie wymagająca, a za to nieźle płatna. W niektóre dni wychodzę ze szkoły przed południem, a więc mam mnóstwo wolnego czasu i energii, by z niego korzystać. Jakimś cudem znalazłam najlepszych przyjaciół, z którymi wspólnie wynajęliśmy klasyczny tajski drewniany domek. Wokół mamy niezwykle pomocnych, pozytywnych i uśmiechniętych sąsiadów. Naszą okolicę otaczają piękne wzgórza, do rzeki mamy rzut kamieniem. Wielki ogród pełen owocowych drzew. Goście i przyjaciele zawsze mile widziani. Nudno, prawda? Nie ma na co narzekać, nie ma gdzie wylewać swojego hejterstwa?
W czołówce najlepszych rzeczy, które mnie spotkały plasuje się Katya, moja Couchsurferka, współpracowniczka, współlokatorka, przyjaciółka, nieustanne źródło inspiracji i chodzący uśmiech. Ciężko jest znaleźć drugą tak pozytywną osobę, niskobudżetową podróżniczkę, która tak bardzo cieszy się z najprostszych rzeczy w życiu. Gdzieś w połowie maja Katya wysłała mi Couchrequest. Mieszkałam wtedy wciąż jeszcze w małym mieszkanku z balkonem, blisko mojej szkoły. Od słowa do słowa okazało się, że Katya chciałaby znaleźć pracę, a w mojej szkole poszukiwano desperacko nauczyciela. Nam, "farang teachers", też zależało na tym, żeby znaleźć kandydata jak najszybciej, bo w miedzyczasie musieliśmy pracować w dodatkowych godzinach. Po dwóch dniach w Chiang Rai moja nowa współlokatorka znalazła pracę, wynajęła motocykl i zaczęła się wdrażać w codzienny rytm miasta. Jej chłopak Luis dołączył do nas po tygodniu; jemu też udało się wkrótce znaleźć pracę w tajskiej podstawówce.
Dwa miesiące zajęło nam znalezienie wymarzonego domu (rynek nieruchomości w Chiang Rai jest raczej nieruchomy), ale gdy go w końcu znaleźliśmy, wiedzieliśmy, że to ten. Czekał na nas przez ten cały czas: tradycyjny drewniany dom na balach, z dużą przestrzenią na dole, którą Tajowie przeznaczają na kurnik/garaż/skład i śmietnik, a my na rekreację/ćwiczenia/duże zgromadzenia. Mamy dwie malutkie sypialnie, olbrzymi salon i wielką kuchnię, która oczywiście stała się centrum naszego domostwa. Ciekawa sprawa, choć temat ścian w naszym tradycyjnym tajskim domu jest ogólnie traktowany dość luźno, to w kuchni zupełnie ich brakuje. Ze względu na intensywny zapach tajskich curry i smażenin kuchnie znajdują się najczęściej na zewnątrz. W naszej ktoś usunął ściany i zastąpił je zwijanymi bambusowymi matami. Dzięki czyjejś pomysłowości mamy chłodny wietrzyk w lecie ale też... nieznośne wietrzysko w zimie (o czym później).
Kolejną z zalet naszego domu jest wielki ogród, z drzewami mango, tamaryndem, palmami, longanem, bananowcem i kilkoma innymi przydatnymi roślinkami. Do pracy musimy dojeżdżać ok. 10 km... cóż, za to do gorących źródeł i obozu słoni znacznie bliżej :)
Dużo miłości <3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






