piątek, 1 lutego 2013

Backpaker's blues (Laos part 1)

Kiedy pakowanie plecaka każdego ranka staje się rutyną, brudna pościel w hostelu przestaje straszyć, ma się za sobą kilka zwariowanych historii, mniejszych i większych podróżniczych wpadek, a więcej piwa po prostu nie da się już wypić, wiadomo, że jest się Backpackerem.

Co to za zwierzę, ten Backpacker? Wiadomo, po czym najłatwiej go rozpoznać - po plecaku (mamo, tato, lekcja angielskiego. Backpack (ang.) plecak). Azja Południowo-Wschodnia od kilkudziesięciu lat jest celem długoterminowych wędrówek młodzieży z Ameryki, Europy i Australii, a co krytyczniej myślący nie od dziś określają to miejsce podróżniczym "cliche". Efekty widać gołym okiem. Pielgrzymki białych ludzi z plecakami  rzucają się w oczy, tym bardziej, że miejscowi są mali, brązowi i ubrani, a turyści duzi, biali (nie licząc oparzeń słonecznych) i niemal nadzy, o czym później.

Vang Vieng w Laosie, gdzie od trzech dni rezyduję, ma być przykładem zgubnego wpływu turystyki indywidualnej na tradycyjną mentalność. Czy ja wiem. Miejscowi i bez turystów uwielbiają się upijać miejscową ryżową whisky o wdzięcznej nazwie Laolao, którą za grosze można dostać wszędzie (butelka whisky za 4 złote, a dla miejscowych nawet taniej). Podobno straszne z nich konserwy i prudery, ale przemysł turystyczny nie rozwija się przecież sam. Laotanie sami zapewniają przybyszom wszystko, co niezbędne, żeby uprawiać ruję i poróbstwo w tym mieście. Dragi w menu rodzinnych restauracji, połowa potraw w wersji "happy" (z dodatkiem marihuany, na przykład na pizzy, zamiast oregano). Gigantyczne drinki podawane w plastikowych kubełkach ("buckets") 2 w cenie jednego, szejki z grzybkami halucynogennymi, nie wspominając o genialnym wynalazku tubingu.

Tubing obrósł legendami. Lonely planet już w 2005 roku nazywał go "rite de passage" backpackersa w Azji Południowo-Wschodniej. Podobno w latach dziewięćdziesiątych miasteczko miało jeszcze swój urok a miejscowi nie byli tak zepsuci. Jednak wielokrotne przypadki śmierci turystów w trakcie uprawiania tego sportu sprawiło, że biznes kilkukrotnie odgórnie zamykano, po raz ostatni w zeszłym roku, kiedy na skutek backpackerskich wybryków zmarła córka australijskiego prominenta.

Anno Domini 2013, miejscowość przedstawia się następująco. Część miasta przeznaczona została na getto podróżników, niestety ta najbardziej atrakcyjna, zaraz przy rzece. Na wzór Th Khao San w Bangkoku przepełnione jest tanimi hotelami, restauracjami i barami, a w menu można znaleźć zabawne hybrydy kuchni azjatyckiej i zachodniej. Po ulicy szwendają się dziewczęta i chłopcy w strojach kąpielowych i bez butów, targający swoje opony, na których spływali przepiękną rzeką przez całe popołudnie. Nie muszę dodawać, że na pewno są pijani, i przynajmniej w 70 % na jakimś "dopingu".

Wszystkie przewodniki i foldery turystyczne zwracają przybyszom uwagę, by szanowali miejscowe obyczaje i mentalność, ale ci jakoś nie mogą się do tej zasady dostosować. Punkt pierwszy: zakaz paradowania w strojach kąpielowych. Miejscowi w ogóle takich strojów nie uznają, a jako że są wstydliwi, kąpieli zażywają w pełnym rynsztunku, co nam, mieszkańcom Zachodu, wydaje się nieco dziwne. Wejście do wody w Laosie to raczej nie jest big deal, zwłaszcza, że mostów niewiele, a rzek dużo, więc wszędzie widzi się miejscowych przeprawiających się z ciężkimi ładunkami pieszo, brodząc w wodzie, oczywiście w pełni ubranych. Zmoczyło się, to się wysuszy (i nikt nie obawia się zapalenia płuc). A być może niesłusznie, bo mnie tam jakieś paskudne choróbsko dorwało i trzyma i puścić nie chce.

Punkt drugi, uprasza się cudzoziemców o nie kupowanie narkotyków od miejscowych. Znów ciężka sprawa. Spacerujemy sobie z moim towarzyszem podróży po zmroku ulicami małego laotańskiego miasteczka. Cicho, spokojnie, godzina 8.30 wieczorem, większość mieszkańców smacznie śpi (nawet mnie zdziwiło, jak wcześnie chodzą spać i jak wcześnie się budzą). O tej porze można być pewnym, że ci, którzy jeszcze nie odpłynęli w krainę snów mają jakieś podejrzane interesy na sumieniu. Jeden po drugim, mali brązowi ludzie podchodzą do nas i oferują najróżniejsze substancje - wcale nieproszeni. Najbardziej zaszokowała mnie właścicielka hotelu, w którym spaliśmy. Dziecięca buzia, pidżama w jakiś abstrakcyjnie disneyowski wzór (chyba szła już spać, gdy zeszłam na dół do recepcji kupić wodę), reklamuje mi swoje opium jako najlepsze w tej części Laosu. Opium?! Czy to nie brzmi, jak jakiś wiek XVIII? I co to w ogóle ma być? Uprzedzona radami, a zresztą nawet nie bardzo ciekawa działania tegoż opium, grzecznie podziękowałam. Ale pewna jestem, że wielu tego nie zrobiło, a tradycyjny przemysł produkcji narkotyków dalej kwitnie w złotym trójkącie (granice Tajlandii, Birmy i Laosu: http://wikitravel.org/en/Golden_Triangle_%28Thailand%29)

Być może za bardzo się rozpisuję o tych wszystkich dragach, ale pierwszy raz spotykam się z fenomenem na podobną skalę, w kraju, gdzie narkotyki są zabronione pod groźbą wysokich kar i więzienia (a w miejscowym więzieniu wikt nie jest zapewniony - bliscy muszą przynosić więźniowi wszystko, czego mu potrzeba do życia). Trochę to straszne, trochę absurdalne. A może to po prostu Azja.

Pomimo narkotykowego szoku nie przegapiłam uroków Laosu. Kraj zdecydowanie bardziej zacofany, niż szybko rozwijający się sąsiad - Tajlandia, w ok. 75% pokryty jest górami. Brakuje podstawowej infrastruktury, a jedna z najsławniejszych ciekawostek to fakt, że Laos to najbardziej zbombardowany kraj na świecie. Wciąż najłatwiejszym sposobem przemieszczania się są łodzie, a rzeki są głównymi węzłami komunikacyjnymi. Zdaje się, że Laos to Mekong, i to, co wokoło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz