Kiedy pakowanie plecaka każdego ranka staje się rutyną, brudna
pościel w hostelu przestaje straszyć, ma się za sobą kilka zwariowanych
historii, mniejszych i większych podróżniczych wpadek, a więcej piwa po
prostu nie da się już wypić, wiadomo, że jest się Backpackerem.
Co
to za zwierzę, ten Backpacker? Wiadomo, po czym najłatwiej go rozpoznać
- po plecaku (mamo, tato, lekcja angielskiego. Backpack (ang.) plecak).
Azja Południowo-Wschodnia od kilkudziesięciu lat jest celem
długoterminowych wędrówek młodzieży z Ameryki, Europy i Australii, a co
krytyczniej myślący nie od dziś określają to miejsce podróżniczym
"cliche". Efekty widać gołym okiem. Pielgrzymki białych ludzi z
plecakami rzucają się w oczy, tym bardziej, że miejscowi są mali,
brązowi i ubrani, a turyści duzi, biali (nie licząc oparzeń słonecznych)
i niemal nadzy, o czym później.
Vang Vieng w Laosie,
gdzie od trzech dni rezyduję, ma być przykładem zgubnego wpływu
turystyki indywidualnej na tradycyjną mentalność. Czy ja wiem. Miejscowi
i bez turystów uwielbiają się upijać miejscową ryżową whisky o
wdzięcznej nazwie Laolao, którą za grosze można dostać wszędzie (butelka
whisky za 4 złote, a dla miejscowych nawet taniej). Podobno straszne z
nich konserwy i prudery, ale przemysł turystyczny nie rozwija się
przecież sam. Laotanie sami zapewniają przybyszom wszystko, co
niezbędne, żeby uprawiać ruję i poróbstwo w tym mieście. Dragi w menu
rodzinnych restauracji, połowa potraw w wersji "happy" (z dodatkiem
marihuany, na przykład na pizzy, zamiast oregano). Gigantyczne drinki
podawane w plastikowych kubełkach ("buckets") 2 w cenie jednego, szejki z
grzybkami halucynogennymi, nie wspominając o genialnym wynalazku
tubingu.
Tubing obrósł legendami. Lonely planet już w
2005 roku nazywał go "rite de passage" backpackersa w Azji
Południowo-Wschodniej. Podobno w latach dziewięćdziesiątych miasteczko
miało jeszcze swój urok a miejscowi nie byli tak zepsuci. Jednak
wielokrotne przypadki śmierci turystów w trakcie uprawiania tego sportu
sprawiło, że biznes kilkukrotnie odgórnie zamykano, po raz ostatni w
zeszłym roku, kiedy na skutek backpackerskich wybryków zmarła córka australijskiego prominenta.
Anno Domini 2013, miejscowość przedstawia się następująco. Część miasta
przeznaczona została na getto podróżników, niestety ta najbardziej
atrakcyjna, zaraz przy rzece. Na wzór Th Khao San w Bangkoku
przepełnione jest tanimi hotelami, restauracjami i barami, a w menu
można znaleźć zabawne hybrydy kuchni azjatyckiej i zachodniej. Po ulicy
szwendają się dziewczęta i chłopcy w strojach kąpielowych i bez butów,
targający swoje opony, na których spływali przepiękną rzeką przez całe
popołudnie. Nie muszę dodawać, że na pewno są pijani, i przynajmniej w
70 % na jakimś "dopingu".
Wszystkie przewodniki i
foldery turystyczne zwracają przybyszom uwagę, by szanowali miejscowe
obyczaje i mentalność, ale ci jakoś nie mogą się do tej zasady
dostosować. Punkt pierwszy: zakaz paradowania w strojach kąpielowych.
Miejscowi w ogóle takich strojów nie uznają, a jako że są wstydliwi,
kąpieli zażywają w pełnym rynsztunku, co nam, mieszkańcom Zachodu,
wydaje się nieco dziwne. Wejście do wody w Laosie to raczej nie jest big
deal, zwłaszcza, że mostów niewiele, a rzek dużo, więc wszędzie widzi
się miejscowych przeprawiających się z ciężkimi ładunkami pieszo,
brodząc w wodzie, oczywiście w pełni ubranych. Zmoczyło się, to się
wysuszy (i nikt nie obawia się zapalenia płuc). A być może niesłusznie,
bo mnie tam jakieś paskudne choróbsko dorwało i trzyma i puścić nie
chce.
Punkt drugi, uprasza się cudzoziemców o nie
kupowanie narkotyków od miejscowych. Znów ciężka sprawa. Spacerujemy
sobie z moim towarzyszem podróży po zmroku ulicami małego laotańskiego
miasteczka. Cicho, spokojnie, godzina 8.30 wieczorem, większość
mieszkańców smacznie śpi (nawet mnie zdziwiło, jak wcześnie chodzą spać i
jak wcześnie się budzą). O tej porze można być pewnym, że ci, którzy
jeszcze nie odpłynęli w krainę snów mają jakieś podejrzane interesy na
sumieniu. Jeden po drugim, mali brązowi ludzie podchodzą do nas i
oferują najróżniejsze substancje - wcale nieproszeni. Najbardziej
zaszokowała mnie właścicielka hotelu, w którym spaliśmy. Dziecięca
buzia, pidżama w jakiś abstrakcyjnie disneyowski wzór (chyba szła już
spać, gdy zeszłam na dół do recepcji kupić wodę), reklamuje mi swoje
opium jako najlepsze w tej części Laosu. Opium?! Czy to nie brzmi, jak
jakiś wiek XVIII? I co to w ogóle ma być? Uprzedzona radami, a zresztą
nawet nie bardzo ciekawa działania tegoż opium, grzecznie podziękowałam.
Ale pewna jestem, że wielu tego nie zrobiło, a tradycyjny przemysł
produkcji narkotyków dalej kwitnie w złotym trójkącie (granice
Tajlandii, Birmy i Laosu:
http://wikitravel.org/en/Golden_Triangle_%28Thailand%29)
Być
może za bardzo się rozpisuję o tych wszystkich dragach, ale pierwszy
raz spotykam się z fenomenem na podobną skalę, w kraju, gdzie narkotyki
są zabronione pod groźbą wysokich kar i więzienia (a w miejscowym
więzieniu wikt nie jest zapewniony - bliscy muszą przynosić więźniowi
wszystko, czego mu potrzeba do życia). Trochę to straszne, trochę
absurdalne. A może to po prostu Azja.
Pomimo narkotykowego szoku nie przegapiłam uroków Laosu. Kraj
zdecydowanie bardziej zacofany, niż szybko rozwijający się sąsiad -
Tajlandia, w ok. 75% pokryty jest górami. Brakuje podstawowej
infrastruktury, a jedna z najsławniejszych ciekawostek to fakt, że Laos
to najbardziej zbombardowany kraj na świecie. Wciąż najłatwiejszym
sposobem przemieszczania się są łodzie, a rzeki są głównymi węzłami
komunikacyjnymi. Zdaje się, że Laos to Mekong, i to, co wokoło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz