Siedzę w chatce
medytacyjnej na szczycie stromego wzgórza. Pode mną rozciąga się dolina, dom
Jima i Tea oraz ich siedmioletniego syna, otoczony polami ryżowymi, ogrodem
warzywnym, drzewami bananowca, papai i gajem bambusowym. Miejsce nazywa się
Happy Healing Home i jest, ogólnie rzecz biorąc, organiczną farmą, która
przyjmuje zagranicznych wolontariuszy.
Nie będę zgrywać
odkrywcy, nie jestem pierwszym farang na tym skrawku ziemi. Jim i Tea przyjmują
już gości od siedmiu lat, także okoliczni zdążyli się do tego widoku
przyzwyczaić, nauczyli się kilku słów po angielsku i nie są już tak nieśmiali,
jak mieszkańcy odległych wiosek plemiennych. Chociaż szczerze wątpię w
istnienie Taja, który nigdy nie widział białego człowieka. O tym, jak wielu nas
tu, mieszkańców Zachodu, świadczy choćby ilość agencji turystycznych w leżącym
ok 50 km na południe mieście Chiang Mai, oferujących „autentyczne”
doświadczenie w wiosce Hmong.
A więc jest nas tu
dziewiątka, nie licząc gospodarzy. Przeważają Amerykanie i Anglicy. Z
nieangielskojęzycznych jestem tylko ja i Maria, 50-cioletnia Szwajcarka, która
rzuciła pracę w domu spokojnej starości i postanowiła zwiedzać świat. Obecnie
nie posiada adresu zameldowania, a jej pogoda ducha i optymizm powinien
natchnąć wszystkich tych, którzy wygłaszają slogany o tym, co to powinno boleć
po 40-stce. Holly i Chiara, Kalifornijki, pięknie malują akwarelami a Holly
profesjonalnie gra na gitarze i śpiewa. Amy, Brytyjka, pomiędzy podróżami
zajmuje się fotografią. Jon jest kucharzem w Londynie (zna sporo polskich słów
dzięki polskim współpracownikom) i jego dziewczyna Ruby podróżują już od ponad
roku. Przejechali Amerykę Południową, Australię a najświeższe wspomnienia mają
z Indii. Swój angielski przeplatają zwrotami w niezliczonych językach krajów, w
których byli. Piękna Daniele, z włosami ogolonymi króciutko przy skórze, ma
problem z odpowiedzią na pytanie „skąd jesteś?”. Jej rodzice pochodzą z Anglii
i Paragwaju, większość życia mieszkała w Barcelonie, a jej dziadek Hindusem.
Chociaż Jim spędził 16
lat jako buddyjski mnich, na swojej farmie nie wprowadza klasztornych rygorów. Wolontariusze
nie zrywają się o świcie; każdy wstaje wtedy, kiedy jest wyspany. Trzy razy
dziennie wolontariusze i gospodarze wspólnie przygotowują posiłki w kuchni
polowej, na dwóch paleniskach. Menu obejmuje potrawy zawierające niemal
wyłącznie produkty wyhodowane na farmie, przygotowane w stylu Lanna – północnej
Tajlandii, znacznie różniącej się od kuchni południowej. Je się tu dużo jajek
(kaczki, kury i koguty wiecznie plączą się pod nogami – nikomu nie przyszłoby
do głowy zamykać ich w jakiejkolwiek zagrodzie), warzyw, bananów i zieleniny,
no i oczywiście ryżu, głównie kleistego (sticky rice). Jedzenie jest
przepyszne, zdrowe i choć teoretycznie jemy tylko 3 razy dziennie, to
przygotowywanie posiłków i ucztowanie zajmuje nam większą część dnia. Przy
niskich stołach, ustawionych rzędem na bambusowej macie, ustawione są
dziesiątki misek i miseczek, z których każdy nabiera sobie to, na co akurat ma
ochotę. Wydaje się, że gdyby którykolwiek z gości choć raz zgłodniał na farmie
Jima, byłaby to dla niego obraza nie do przeżycia.
Medytować to znaczy
myśleć o księżycu
Wieczorami, po kolacji,
wszyscy zbierają się w bambusowej wiacie, która pełni jednocześnie funkcję
jadalni, sali medytacyjnej, salonu i składu żywności. Dobiegają mnie urywki
intymnych rozmów, od czasu do czasu przerywane aplauzem dla muzyki, którą
wykonuje Pinaan Jim. Kiedy nasze żołądki uporały się z trawieniem ostrych sosów
nadchodzi czas na medytację. Większość ma już w tym jakieś doświadczenie, ale
jeśli zdarzy się nowicjusz, dostaje bardzo prostą instrukcję: wszyscy myślimy o
księżycu. Peenan Jim ustawia budzik w komórce i gasi światło. Wydaje się, że
nic łatwiejszego, niż wyobrazić sobie księżyc. Ale kiedy właśnie najbardziej
chcę go zobaczyć – pustka. Piętnaście minut czasem dłuży się jak flaki z
olejem, a czasem mija całkiem niepostrzeżenie i na dźwięk budzika podskakuję
jak ukłuta szpilką.
Od czasu do czasu Jim dzieli
się doświadczeniami z czasów, kiedy był mnichem. Są w Tajlandii tzw. leśni mnisi
i Jim przez jakiś czas był jednym z nich. Czasem wolontariusze proszą, żeby
pokazać im techniki przetrwania w dżungli. Okazuje się jednak, że budowa
szałasu i umiejętność opędzenia się od węży i pająków to mniej niż połowa
sukcesu. Nasz gospodarz godzinami potrafi opowiadać o prawdziwych według niego
zagrożeniach lasu, czyli złych energiach, które dopadają człowieka w czasie
snu, a z którymi poradzić można sobie jedynie za pomocą recytowania mantr i
medytacji. Zna też dziesiątki historii o niefrasobliwych mnichach i
cudzoziemcach, którzy bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia dali się uwieść
złym siłom i zginęli.
Na nocną wycieczkę do
dżungli się nie zdecydowałam, ale buddyjskiego dreszczyku nie zabrakło. Jeden z
dni mojego pobytu na farmie poświęciliśmy niemal w całości poszukiwaniu drewna
opałowego i ziół, których używa się w tradycyjnej saunie parowej. Suszone zioła
miesza się z wodą (oczywiście wypowiadając przy tym słowa mantry) a następnie
tą mieszanką polewa się rozgrzane do czerwoności kamienie w saunie. Jest nas piętnaścioro wewnątrz malutkiego
namiotu, pokrytego wodoodpornym materiałem. Panuje całkowita ciemność i nie
widać nawet, jak para wypełnia pomieszczenie. Robi się niesamowicie gorąco i
klaustrofobicznie, w dodatku mam wrażenie, że zamiast powietrza wdycham wodę i
zaczynam się dusić. Po jakimś czasie udaje mi się jednak opanować oddech i
wytrzymać do końca. Oczywiście w saunie najlepiej jest medytować. Tego
wieczora, po saunie i kolacji, medytacja idzie mi niespodziewanie dobrze.
Trochę inne to
podróżowanie, zamiast piwa pije się herbatę, zamiast zwiedzać świątynie praży
ziarna kawy. Ale tak świetnych ludzi (Tajów i podróżników) nie spotkałam ani w
Bangkoku, ani na wyspach, ani w Chiang Mai. Pomimo przeziębienia,
rozpaskudzonej rany na stopie i ugryzienia przez pszczołę to była do tej pory
najlepsza część mojej podróży!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz