czwartek, 17 stycznia 2013

Życie w zgodzie z bambusem





Siedzę w chatce medytacyjnej na szczycie stromego wzgórza. Pode mną rozciąga się dolina, dom Jima i Tea oraz ich siedmioletniego syna, otoczony polami ryżowymi, ogrodem warzywnym, drzewami bananowca, papai i gajem bambusowym. Miejsce nazywa się Happy Healing Home i jest, ogólnie rzecz biorąc, organiczną farmą, która przyjmuje zagranicznych wolontariuszy.

Nie będę zgrywać odkrywcy, nie jestem pierwszym farang na tym skrawku ziemi. Jim i Tea przyjmują już gości od siedmiu lat, także okoliczni zdążyli się do tego widoku przyzwyczaić, nauczyli się kilku słów po angielsku i nie są już tak nieśmiali, jak mieszkańcy odległych wiosek plemiennych. Chociaż szczerze wątpię w istnienie Taja, który nigdy nie widział białego człowieka. O tym, jak wielu nas tu, mieszkańców Zachodu, świadczy choćby ilość agencji turystycznych w leżącym ok 50 km na południe mieście Chiang Mai, oferujących „autentyczne” doświadczenie w wiosce Hmong. 

A więc jest nas tu dziewiątka, nie licząc gospodarzy. Przeważają Amerykanie i Anglicy. Z nieangielskojęzycznych jestem tylko ja i Maria, 50-cioletnia Szwajcarka, która rzuciła pracę w domu spokojnej starości i postanowiła zwiedzać świat. Obecnie nie posiada adresu zameldowania, a jej pogoda ducha i optymizm powinien natchnąć wszystkich tych, którzy wygłaszają slogany o tym, co to powinno boleć po 40-stce. Holly i Chiara, Kalifornijki, pięknie malują akwarelami a Holly profesjonalnie gra na gitarze i śpiewa. Amy, Brytyjka, pomiędzy podróżami zajmuje się fotografią. Jon jest kucharzem w Londynie (zna sporo polskich słów dzięki polskim współpracownikom) i jego dziewczyna Ruby podróżują już od ponad roku. Przejechali Amerykę Południową, Australię a najświeższe wspomnienia mają z Indii. Swój angielski przeplatają zwrotami w niezliczonych językach krajów, w których byli. Piękna Daniele, z włosami ogolonymi króciutko przy skórze, ma problem z odpowiedzią na pytanie „skąd jesteś?”. Jej rodzice pochodzą z Anglii i Paragwaju, większość życia mieszkała w Barcelonie, a jej dziadek Hindusem. 

Chociaż Jim spędził 16 lat jako buddyjski mnich, na swojej farmie nie wprowadza klasztornych rygorów. Wolontariusze nie zrywają się o świcie; każdy wstaje wtedy, kiedy jest wyspany. Trzy razy dziennie wolontariusze i gospodarze wspólnie przygotowują posiłki w kuchni polowej, na dwóch paleniskach. Menu obejmuje potrawy zawierające niemal wyłącznie produkty wyhodowane na farmie, przygotowane w stylu Lanna – północnej Tajlandii, znacznie różniącej się od kuchni południowej. Je się tu dużo jajek (kaczki, kury i koguty wiecznie plączą się pod nogami – nikomu nie przyszłoby do głowy zamykać ich w jakiejkolwiek zagrodzie), warzyw, bananów i zieleniny, no i oczywiście ryżu, głównie kleistego (sticky rice). Jedzenie jest przepyszne, zdrowe i choć teoretycznie jemy tylko 3 razy dziennie, to przygotowywanie posiłków i ucztowanie zajmuje nam większą część dnia. Przy niskich stołach, ustawionych rzędem na bambusowej macie, ustawione są dziesiątki misek i miseczek, z których każdy nabiera sobie to, na co akurat ma ochotę. Wydaje się, że gdyby którykolwiek z gości choć raz zgłodniał na farmie Jima, byłaby to dla niego obraza nie do przeżycia.

Medytować to znaczy myśleć o księżycu

Wieczorami, po kolacji, wszyscy zbierają się w bambusowej wiacie, która pełni jednocześnie funkcję jadalni, sali medytacyjnej, salonu i składu żywności. Dobiegają mnie urywki intymnych rozmów, od czasu do czasu przerywane aplauzem dla muzyki, którą wykonuje Pinaan Jim. Kiedy nasze żołądki uporały się z trawieniem ostrych sosów nadchodzi czas na medytację. Większość ma już w tym jakieś doświadczenie, ale jeśli zdarzy się nowicjusz, dostaje bardzo prostą instrukcję: wszyscy myślimy o księżycu. Peenan Jim ustawia budzik w komórce i gasi światło. Wydaje się, że nic łatwiejszego, niż wyobrazić sobie księżyc. Ale kiedy właśnie najbardziej chcę go zobaczyć – pustka. Piętnaście minut czasem dłuży się jak flaki z olejem, a czasem mija całkiem niepostrzeżenie i na dźwięk budzika podskakuję jak ukłuta szpilką. 

Od czasu do czasu Jim dzieli się doświadczeniami z czasów, kiedy był mnichem. Są w Tajlandii tzw. leśni mnisi i Jim przez jakiś czas był jednym z nich. Czasem wolontariusze proszą, żeby pokazać im techniki przetrwania w dżungli. Okazuje się jednak, że budowa szałasu i umiejętność opędzenia się od węży i pająków to mniej niż połowa sukcesu. Nasz gospodarz godzinami potrafi opowiadać o prawdziwych według niego zagrożeniach lasu, czyli złych energiach, które dopadają człowieka w czasie snu, a z którymi poradzić można sobie jedynie za pomocą recytowania mantr i medytacji. Zna też dziesiątki historii o niefrasobliwych mnichach i cudzoziemcach, którzy bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia dali się uwieść złym siłom i zginęli.

Na nocną wycieczkę do dżungli się nie zdecydowałam, ale buddyjskiego dreszczyku nie zabrakło. Jeden z dni mojego pobytu na farmie poświęciliśmy niemal w całości poszukiwaniu drewna opałowego i ziół, których używa się w tradycyjnej saunie parowej. Suszone zioła miesza się z wodą (oczywiście wypowiadając przy tym słowa mantry) a następnie tą mieszanką polewa się rozgrzane do czerwoności kamienie w saunie.  Jest nas piętnaścioro wewnątrz malutkiego namiotu, pokrytego wodoodpornym materiałem. Panuje całkowita ciemność i nie widać nawet, jak para wypełnia pomieszczenie. Robi się niesamowicie gorąco i klaustrofobicznie, w dodatku mam wrażenie, że zamiast powietrza wdycham wodę i zaczynam się dusić. Po jakimś czasie udaje mi się jednak opanować oddech i wytrzymać do końca. Oczywiście w saunie najlepiej jest medytować. Tego wieczora, po saunie i kolacji, medytacja idzie mi niespodziewanie dobrze.

Trochę inne to podróżowanie, zamiast piwa pije się herbatę, zamiast zwiedzać świątynie praży ziarna kawy. Ale tak świetnych ludzi (Tajów i podróżników) nie spotkałam ani w Bangkoku, ani na wyspach, ani w Chiang Mai. Pomimo przeziębienia, rozpaskudzonej rany na stopie i ugryzienia przez pszczołę to była do tej pory najlepsza część mojej podróży!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz