- … i igrzysk!
To prawda, że nie samym chlebem
człowiek żyje. Od czasu do czasu można też zjeść makaron, ziemniaki czy ryż.
Ale w Azji, a przynajmniej w Tajlandii, przysłowie powinno brzmieć „Człowiek
żyje samym ryżem”. Ryż podaje się na śniadanie, ryż na obiad, ryż na kolację,
przynajmniej na stołach niezamożnych obywateli. W dobrym tonie jest rozpocząć
każdy posiłek od łyżki białego ryżu, ignorując mięsne sosy czy dodatki, aby
okazać szacunek tej roślinie, żywiącej Tajów od tysiącleci.
Sąsiednie kraje, takie jak
Kambodża, Laos czy Wietnam, z racji swojej przeszłości kolonialnej zachowały
nieco obcych tradycji kulinarnych. Można tam kupić świeże, pachnące bagietki i
aromatyczną kawę, usiąść w kawiarni żywcem przeniesionej z uliczek Paryża, i z
tej wygodnej szklanej bańki podziwiać orientalne uroki.
Być może to wszystko brzmi nieco
śmiesznie, a każdy doświadczony podróżnik zarzeka się, że woli jeść z
miejscowymi ryż w zakaraluszonej jadłodajni, niż z bogatymi turystami
przepłacać za europejskie produkty. Mają dużo racji, ja też jestem zwolenniczką
jedzenia lokalnie. Nie kupuję w Tajlandii europejskich win, choć za nimi
tęsknię, nie jem Mcdonalda (tu łatwiej mi o tyle, że i w Polsce nie jadałam).
Ale chleba, och chleba! Chleba i dobrego sera nie mogę sobie odmówić, choć oba
produkty są zabójczo drogie.
Podobno my w Białostockiem
kwalifikujemy się do „kultury ziemniaka” (w opozycji do kultury pszenicy,
kultury kukurydzy czy kultury ryżu), ale to nie zapach gotowanych pyr
przyprawia mnie o ślinotok. Dobrego chleba jednak w Bangkoku wciąż jak na
lekarstwo, więc jeśli komuś brak pomysłu na biznes, to proszę, bierzcie i
jedzcie.
- Meblom dziękujemy
Dzięki pobytowi w Tajlandii
zdałam sobie sprawę, jak niewiele w zasadzie potrzeba nam do życia. Albo – jak
wielki wpływ na styl życia ma klimat. W klimacie tropikalnym rytm życia jest
stały: 12 godzin dnia, 12 godzin nocy. Z racji położenia na równiku długość
dnia i nocy nieznacznie tylko się zmieniają
w ciągu roku. Jak wiadomo, zimy i lata też nie ma – zawsze jest gorąco,
tylko czasem pada. Gdy już pada, to nie pomoże nam żaden parasol ani kurtka
przeciwdeszczowa. Są dwie opcje: przeczekać pod dachem lub zmoknąć. A więc
jedyne, czego potrzebujemy, to nie cztery ściany, ale własny dach (na myśl
przychodzi kolejna modyfikacja przysłowia). Dach chroni też przed upalnym
słońcem. Ścianami czy oknami nikt nie zawraca sobie głowy. Myślę, że wychodzi
się z założenia, że jeśli jadowity wąż chce się zakraść w naszej sypialni, to
prędzej czy później znajdzie na to sposób, jakkolwiek byśmy się nie ogradzali.
Bambusowa mata w zupełności wystarczy, by ukryć się przed wzrokiem sąsiadów. Kolejna
bambusowa mata służy za posłanie. Może też służyć jako stół, a i szafy nie są w
powszechnym użyciu. Ubrania po prostu składa się w kupkę na tejże bambusowej
macie, jeśli ktoś ma ich więcej niż te, które aktualnie nosi na grzbiecie. Mowa
tu oczywiście o tradycyjnych wiejskich domkach, bo w Bangkoku czy Chiang Mai
dominuje już zachodni styl życia, a w standardzie wynajmowanych mieszkań mamy łóżka,
szafy, toaletki a nawet muszle klozetowe!
- Same same, but different
Tę frazę zna każdy, kto odwiedził
Krainę Uśmiechu. O co w niej chodzi? Wyrażenie „same same” pochodzi z tajskiej
odmiany angielskiego zwanej Tinglish. Oznacza coś podobnego, identycznego i
odnosi się do zadziwiająco wielu obszarów życia. Azja jest rajem podróbek, tych
gorszych i tych lepszych, niemal nieodróżnialnych od zachodnich marek. Zdarza
się, że na wakacjach w Tajlandii możemy kupić podróbki produktów
niewystępujących na polskim rynku, takich jak bluzy Abercrombie, niektóre
perfumy, najnowsze modele najków czy ekskluzywnych amerykańskich firm, które u
nas można jedynie zamówić przez Internet (i tu wskazówka – jeśli jakiś
ekskluzywny produkt znajdujemy na Allegro o 30-50% taniej niż cena oryginalna,
to nie łudźmy się, że pochodzi on z wyprzedaży czy sklepów bezcłowych. To po
prostu „lepsza” podróbka, co wcale nie znaczy, że nie możemy jej z powodzeniem
używać przez dość długi czas).
„Same same” ma jednak w Tajlandii
głębokie filozoficzne niemal znaczenie. Cenna w świecie zachodnim, a zwłaszcza
w Europie oryginalność, nietuzinkowość, awangardowość, czy jakkolwiek jeszcze
chcielibyśmy to nazwać, zarówno w zakresie stylu życia, światopoglądu czy
wizerunku nie znajduje tu zrozumienia. Człowiek to wszak zwierzę stadne, i w
tak wybitnie zatłoczonym mieście, jakim jest Bangkok możemy się o tym
przekonać. Niejednokrotnie słyszałam protekcjonalny ton Europejek: „Ależ one
wszystkie wyglądają tak samo! Te same ciuchy z bazaru, te same podróbki,
kopiują co najwyżej japońskie czy koreańskie blogerki”. Tajskie dziewczyny nie
mają na tym punkcie żadnych kompleksów. Kopiowanie w ich kulturze jest
wartościowane wysoko, a uniformizacja staje się powodem do dumy. Nie spotkamy
tajskich uczniów narzekających na obowiązek noszenia mundurków. Co więcej,
uniformy zdarzają się wśród pracowników biur, urzędów i szkół, uczestników
wycieczek a nawet grup nieformalnych. To tak, jakby byli wdzięczni, że zostali
zwolnieni z obowiązku dobierania garderoby rano przed wyjściem do pracy. W
uniformie czy mundurku, otoczeni tak samo ubranymi kolegami, Tajowie
najchętniej robią sobie zdjęcia i… umieszczają je natychmiast na Facebook’u.
Ale o tym w kolejnym podpunkcie.
- Update your profile photo 15 times a day? Why not
Właściwie dlaczego nie zmieniamy
naszych zdjęć profilowych kilkanaście razy dziennie? Prawdopodobnie nie chcemy,
aby inni uważali, że jesteśmy zbyt skupieni na kreowaniu własnego wizerunku.
Trzeba przecież okazać odrobinę skromności i pokory (przynajmniej tak
powtarzała mi mama). Poza tym spędzanie na Fejsbuniu całego bożego dnia jest
ewidentnym symptomem no-life’u, a istnieje przytłaczająca obiegowa opinia, że
interesujący ludzie zamiast wiecznie siedzieć przy komputerach wychodzą z domu,
spotykają innych ludzi i mają mnóstwo przygód, o których szare Fejsbukowe myszy
mogą tylko pomarzyć. Tak więc większość z nas pewnie się zgodzi, że zbyt częste
postowanie jest oznaką geekostwa albo upierdliwości, zaś nadmierna ilość fotek
z łapy to nic innego, jak tani marketing i chęć podobania się wszystkim na
siłę.
Wszystkie te mądrości życiowe do
azjatyckich realiów mają się nijak. Odkąd technologia na to pozwala Tajowie i
zapewne wszyscy inni mieszkańcy bogatszych azjatyckich krajów całkiem się
zatracili w wirtualnym świecie i nie mają z tego powodu żadnych kompleksów.
Można się dobrze pośmiać z fejsbukowych osiągów tamtejszych dziewcząt. Która ma
ładniejsze profilowe? Która droższe gadżety na zdjęciach? I dlaczego, do jasnej
i ciasnej, wszystkie wystawiają do zdjęć dwa palce w kształt litery V?
Jednak, co już znacznie mniej
śmieszne, często mam wrażenie, że nie żyje się już po to, by coś faktycznie
zrobić, ale raczej w celu uchwycenia momentu „robienia czegoś” i
natychmiastowego powiadomienia o tym w sieci. Nowe buty, telefon, bransoletka,
zaręczyny, święta, wizyta w świątyni – czy w Internecie jest jakieś tabu?
- My iphone & I
Telefony, telefony… smartfon to
dziś zdaje się zagwarantowane w konstytucji prawo człowieka. Nowy członek
rodziny, najlepszy przyjaciel, bezlitosny pożeracz czasu, wypełniacz pustych
chwil. Przeciętny mieszkaniec Bangkoku, którego stać na taki gadżet poświęca mu
mnóstwo czasu i uwagi. Kupuje nowe obudowy, ozdoby, etui (zdaje się, że to
jakaś gigantyczna gałąź gospodarki) i używa zawsze, gdy jest po temu okazja. W
metrze czy pociągu każdy, dosłownie: każdy! Dzierży w dłoni swego iphone’a. Ja
natomiast, z racji nieposiadania takiego wynalazku, mogę się bezkarnie
rozglądać i gapić w obce twarze, a swoje obserwacje tu pięknie wypisywać.
- Living to shop, shopping to live
W tropikalnych krajach trudno
jest znaleźć tanie rozrywki. Nie wyjdziemy przecież na spacer do parku, bo się
spocimy. Na wypad za miasto najczęściej nie ma czasu, poza tym te straszne
korki… Bro na balkonie odpada, za gorąco. Wyobraźcie sobie najgorętsze lato we
Wrocławiu, gdy nawet nocą nie można znaleźć wytchnienia. W Bangkoku takie
warunki panują cały rok, ale trzeba z tym jakoś żyć. Uciekamy się więc do
uciech, które gwarantują przebywanie w miejscach klimatyzowanych: wyprawy do
kina, do dobrej siłowni, na kolację czy na zakupy. Na szczęście wygodniccy
Tajowie wszystkie te rzeczy skupili w jednym miejscu i wybudowali setki galerii
handlowych, z których niektóre znane są na całym świecie. Najsłynniejsze to
8-piętrowy moloch MBK Center, znajdujący się w nowym centrum miasta Terminal 21
czy Pantip Plaza, centrum handlowe, w którym można kupić jedynie elektronikę. Klientom
znudziły się obiekty, w których można kupić mydło i powidło, wyrafinowanie
nowych galerii ma polegać na wyprofilowaniu i tematyzacji. Siam Discovery to
centrum handlowe dla odkrywców, Central World to miejsce, w którym dostaniesz
ekskluzywne produkty z całego świata, Terminal 21 wyglądem przypomina lotnisko,
a każde z pięter ma przedstawiać inny kraj – nie cofnęli się nawet przed
klasycznymi włoskimi stiukami, antycznymi kolumnami, londyńskimi budkami
telefonicznymi czy olbrzymimi naturalnymi palmami.
Wyprawy na zakupy to sposób
spędzania wolnego czasu dla bogatszych (przeciętna tajska pensja pozwala
jedynie na buszowanie bo ulicznych straganach, gdzie klimatyzacji nie
uświadczymy), ale także czynnik zmieniający styl życia. Marketingowcy postarali
się o to, byśmy w galeriach czuli się jak najlepiej. Ustawiają gigantyczne dekoracje,
przy których czekają kolejki Tajów i przybyszów z innych azjatyckich krajów, by
pstryknąć sobie zdjęcie i wstawić je na któryś z portali społecznościowych. Urządzają
akcje promocyjne, wystawy, spotkania, koncerty, degustacje – centrum handlowe
staje się centrum kultury. Bo jak jednym słowem określić współczesną kulturę
tajską? To kultura konsumpcjonizmu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz