Chociaż piszę ten artykuł już od dwóch tygodni, to wciąż nie mogę go skończyć, pomimo, że rozrósł mi się już do dziesięciu stron. Oto kilka kolejnych różnic, choć o każdej z nich można by napisać zupełnie osobną notkę.
1.
Grube portfele
Wyjeżdżając w tropiki zapomnijcie o komforcie
płatności bezgotówkowej. Przywitajcie ukryte kieszenie, dolary zaszyte w
majtkach i niemal bezwartościowe pliki miejscowych walut spięte recepturkami
dla wygody.
Chociaż łatwo jest odnieść wrażenie, że Tajlandia
jest jednym gigantycznym straganem, dziwi konieczność posługiwania się gotówką.
Wynika to prawdopodobnie z tego, że bankomat to stosunkowo nowy wynalazek i w
tej części świata nie jest jeszcze zbyt szeroko rozpowszechniony. Tajlandia pod
tym względem zasługuje na pochwały i medale, bo wszędzie, gdzie nam się zamarzy
znajdziemy czynne bankomaty, w których wyjmiemy dowolne ilości gotówki za
skromną opłatą 150 THB, czyli ok. 15 zł (dlatego bardziej opłaca się wyjmować
większe kwoty, ponieważ opłata nie wzrasta wraz z ilością wyjmowanej gotówki,
ale za to jest każdorazowa). Niestety w sąsiadujących krajach nie jest tak
różowo. Czytałam ostatnio artykuł dumnie opiewający otwarcie pierwszego
bankomatu na terytorium Mjanmaru. W Laosie i Kambodży możemy na nie liczyć
tylko w większych miastach, także jeśli planujemy wypad w głuszę musimy
zawczasu przygotować grubaśne portfele. Choć po przeliczeniu na zachodnie
waluty na miejscu nie jest zbyt drogo, to w krajach takich jak Laos czy Wietnam
wysokości nominałów mogą zawrócić w głowie, niczym w Polsce przed 95-tym.
Laotańskie dongi liczy się w setkach tysięcy i milionach, i co ciekawe nie
istnieją w obiegu monety.
No dobrze, brak bankomatu to tylko jedno z
utrudnień. Drugie natomiast jest takie, że nigdzie nie można płacić kartą.
Nawet hotele, pensjonaty czy dobre restauracje ich po prostu nie przyjmują.
Można ewentualnie liczyć na możliwość płatności kartą w zachodnich przybytkach
takich jak sklepy sieciowe i franczyzowe, fast-foody czy niektóre sklepy w
centrach handlowych. Ale i te z reguły odmawiały przyjęcia moich kart (a mam
Maestro). Na podróże po Azji warto wyrobić sobie kartę Visa lub Mastercard i
mieć je w pogotowiu, ale nie liczyć specjalnie na ich częste wykorzystanie.
2.
Lecz się sam
Porównując normy panujące w Europie i Azji można dojść do wniosku, że
albo my Europejczycy jesteśmy upośledzeni i w związku z tym nie pozwala nam się
o niczym w naszym życiu decydować samym, albo Azjaci to lud niesamowicie
rozważny i rozsądny, więc pozostawia im się decyzje, które za nas podejmują
politycy i inni ważni ludzie. W Azji otrzymujemy znacznie większy margines
wolności, niż ten, do którego przyzwyczailiśmy się w UE, gdzie przepisy
regulują każdy nasz krok. Alkohol można spożywać gdzie dusza zapragnie, jeśli
chodzi o palenie zakazy też nie są zbyt restrykcyjne, ulice dzieli się pomiędzy
pieszych a samochody, wolno handlować czym się chce i straż miejska nie ma nic
do gadania, zakaz spożywania narkotyków to właściwie przykrywka dla policjantów
wyłudzających łapówki.
Dochodzi do tego też brak konieczności przedstawiania recept w aptece.
Bez recepty dostaniemy antybiotyki, antydepresanty, antykoncepcję „po” i środki
hormonalne. Zwłaszcza te ostatnie to temat dość kontrowersyjny. Za łatwość ich nabycia
szczególnie wdzięczni są transwestyci, którzy dzięki temu już w młodym wieku mogą
zacząć hormonalną kurację zmiany płci, którą po kilku latach można uzupełnić interwencją
chirurgiczną.
3.
Możesz być, kim chcesz
O tożsamości płci w Tajlandii na pewno napisano już mnóstwo doktoratów,
książek popularno naukowych i artykułów prasowych. Wciąż jednak dla przybysza z
tak konserwatywnego kraju, jakim jest Polska, jest to fenomen wprost
niewyobrażalny. No bo jak to?
Nie mam pojęcia, czy w Tajlandii pytanie o ilość płci kogoś w ogóle
zastanawia. To, w jaki sposób człowiek się rodzi w najmniejszym stopniu nie
determinuje jego późniejszego życia. Jeśli rodzi się chłopiec, może być
chłopcem, może być dziewczynką, a może też transwestytą, albo jeszcze czymś
pomiędzy. Odcieni transwestytyzmu jest tyle, ilu ich samych. Niektórzy ladyboy’e
chcą upodobnić się jak najbardziej do płci przeciwnej, przechodzą operacje
chirurgiczne, wszczepiają sobie implanty, hodują włosy, starannie ukrywają
wszystkie męskie cechy. Innym wystarczy jedynie kuracja hormonalna, a męskich
narządów płciowych nie chcą sobie wcale usuwać. Jedni dietami i ćwiczeniami
walczą o to, by ich ciało wyglądało jak najbardziej kobieco, inni obnoszą się z
szerokimi barami i jabłkiem Adama. I wcale to nieprawda, że ladyboy’e pracują
tylko w seks biznesie. Mnóstwo przedstawicieli trzeciej płci można spotkać w
tradycyjnych kobiecych zawodach, takich jak gastronomia, moda, edukacja. Tak,
edukacja! Transwestyci w żaden sposób nie są izolowani od dzieci czy tzw. u nas
„normalnych rodzin”. W szkole, w której odbywałam staż jeden przeuroczy lady
boy, gej w dodatku, wydawał w stołówce obiady dzieciom, uczestniczył w szkolnym
życiu (akademie, przemówienia, występy) i ogólnie był duszą towarzystwa. Innym
razem, gdy ze szkołą wybraliśmy się do National Museum of Science zauważyłam,
że grupy dzieci po obiekcie oprowadzali także transwestyci.
Dziewczyny nie są pozbawione podobnego wyboru. Może kobiece mniejszości
nieco mniej rzucają się w oczy, ale nie jest wcale tak ciężko się na ich
przedstawicielki natknąć. Dziewczęta, które decydują się na zmianę płci (znów,
symboliczną albo faktyczną) nazywa się „tom boy”. Najczęściej są one też
lesbijkami. W Tajlandii seks objęty jest dość poważnym tabu, co oznacza, że nie
wypada okazywać sobie czułości w miejscach publicznych. Reguła ta nie dotyczy
przedstawicieli tych samych płci, którzy wszędzie mogą się obejmować, przytulać
i całować. Z tych ulg korzystają także tom boye, teoretycznie przecież dziewczyny,
ze swoimi partnerkami. W związku z tym zdecydowanie łatwiej jest namierzyć taką
homoseksualną parę w metrze czy na ulicy, niż w przypadku związków „po bożemu”,
które można łatwo wziąć np. za rodzeństwo czy kolegów z pracy.
Ciężko jest zamknąć ten temat rzekę w tak króciutkim tekście. Chciałabym
tylko nieśmiało zasugerować, że wszystkich wypowiadających się o „naturalności”
i „nienaturalności” płci i związków powinno się wysłać na krótkie wczasy do
Tajlandii. Zmiana perspektywy gwarantowana.
4.
Holand? Poland? Czyli ile Tajowie wiedzą o Europie.
Świat zachodni jest wielki, i ciężko go w całości ogarnąć. Kto zresztą ma
na to wszystko czas, kiedy wkoło tyle ważniejszych rzeczy. Wiadomo na pewno, że
biali najczęściej pochodzą ze Stanów, Australii, a ci rudzi ze śmiesznym
akcentem z Anglii. Większość białych w Tajlandii porozumiewa się po angielsku,
skąd pochodzi dość naturalna konkluzja, że w całym świecie zachodnim mówi się
tylko i wyłącznie po angielsku. Co prawda słyszeli gdzieś kiedyś o niemieckim
czy francuskim, ale przekonani są, że obowiązuje w tych krajach jako drugi, po
angielskim, język.
Jako przedstawicielka tak niewiele znaczącego kraju, który w dodatku nie
skolonizował w przeszłości żadnego azjatyckiego obszaru, muszę dziesiątki razy
literować nazwę państwa, potwierdzać istnienie języka polskiego (nie, nie
mówimy w Polsce po niemiecku!) i tłumaczyć, że Poland to nie to samo, co
Holand.
Więc jeśli ktoś, w ignorancji swojej, nazywa wszystkich Azjatów dla
ułatwienia Chińczykami, to nie powinien się dziwić, że wszystkich nas, białych,
biorą w Azji za Amerykanów. I proszę się bynajmniej nie obrażać, że nikt nie słyszał
o Wałęsie i Krzyżakach.
5.
Palmy kontra lodowce
Wielu z nas do spędzenia wakacji w tropikach zachęca zmiana klimatu,
otaczającej roślinności i fauny. Wizja białego piaseczku i wylegiwania się w hamaczku
pod palmą kokosową to marzenie wielu białasów z zimnych krajów. Co ciekawe,
mieszkańcy tropików równie zafascynowani są ideą spędzania urlopów w odmiennych
warunkach klimatycznych. A jeśli nie starcza pieniędzy na wyjazd, można sobie
urządzić mały lodowiec na przykład… w parku rozrywki.
Olbrzymie wesołe miasteczko o wdzięcznej nazwie „Dream World” znajduje się
tylko kilka kilometrów od Bangkoku. W cenie biletu (nie taniego wcale, oj nie!)
można skorzystać z dziesiątek atrakcji, wielkich kolejek, rollercoasterów,
ślizgawek, diabelskich kół itd. Tylko 3 lub 4 atrakcje wymagają dopłaty. Jedna
z nich to „Snow land” – pomieszczenie, w którym specjalne maszyny produkują
śnieg, z którego można sobie ulepić bałwana, rzucać się śnieżkami czy pojeździć
na sankach. Dla wieku Tajów jest to nie lada gratka, bo nigdy w życiu nie mieli
okazji dotknąć prawdziwego śniegu.
Czasem dobrze jest sobie uświadomić, jak podobne mechanizmy rządzą ludźmi
z całego świata. Oznaką luksusu dla mieszkańców Azji są wakacje w zaśnieżonych
regionach Europy, a totalnym szaleństwem – nauka jazdy na nartach. Dodajmy do
tego grzane wino i fondue, a sto lajków na blogu gwarantowane.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz