piątek, 12 kwietnia 2013

15 subiektywnych różnic pomiędzy Europą a Azją, cz. 2


Chociaż piszę ten artykuł już od dwóch tygodni, to wciąż nie mogę go skończyć, pomimo, że rozrósł mi się już do dziesięciu stron. Oto kilka kolejnych różnic, choć o każdej z nich można by napisać zupełnie osobną notkę. 
 
1.            Grube portfele
Wyjeżdżając w tropiki zapomnijcie o komforcie płatności bezgotówkowej. Przywitajcie ukryte kieszenie, dolary zaszyte w majtkach i niemal bezwartościowe pliki miejscowych walut spięte recepturkami dla wygody.
Chociaż łatwo jest odnieść wrażenie, że Tajlandia jest jednym gigantycznym straganem, dziwi konieczność posługiwania się gotówką. Wynika to prawdopodobnie z tego, że bankomat to stosunkowo nowy wynalazek i w tej części świata nie jest jeszcze zbyt szeroko rozpowszechniony. Tajlandia pod tym względem zasługuje na pochwały i medale, bo wszędzie, gdzie nam się zamarzy znajdziemy czynne bankomaty, w których wyjmiemy dowolne ilości gotówki za skromną opłatą 150 THB, czyli ok. 15 zł (dlatego bardziej opłaca się wyjmować większe kwoty, ponieważ opłata nie wzrasta wraz z ilością wyjmowanej gotówki, ale za to jest każdorazowa). Niestety w sąsiadujących krajach nie jest tak różowo. Czytałam ostatnio artykuł dumnie opiewający otwarcie pierwszego bankomatu na terytorium Mjanmaru. W Laosie i Kambodży możemy na nie liczyć tylko w większych miastach, także jeśli planujemy wypad w głuszę musimy zawczasu przygotować grubaśne portfele. Choć po przeliczeniu na zachodnie waluty na miejscu nie jest zbyt drogo, to w krajach takich jak Laos czy Wietnam wysokości nominałów mogą zawrócić w głowie, niczym w Polsce przed 95-tym. Laotańskie dongi liczy się w setkach tysięcy i milionach, i co ciekawe nie istnieją w obiegu monety.
No dobrze, brak bankomatu to tylko jedno z utrudnień. Drugie natomiast jest takie, że nigdzie nie można płacić kartą. Nawet hotele, pensjonaty czy dobre restauracje ich po prostu nie przyjmują. Można ewentualnie liczyć na możliwość płatności kartą w zachodnich przybytkach takich jak sklepy sieciowe i franczyzowe, fast-foody czy niektóre sklepy w centrach handlowych. Ale i te z reguły odmawiały przyjęcia moich kart (a mam Maestro). Na podróże po Azji warto wyrobić sobie kartę Visa lub Mastercard i mieć je w pogotowiu, ale nie liczyć specjalnie na ich częste wykorzystanie.

2.      Lecz się sam
Porównując normy panujące w Europie i Azji można dojść do wniosku, że albo my Europejczycy jesteśmy upośledzeni i w związku z tym nie pozwala nam się o niczym w naszym życiu decydować samym, albo Azjaci to lud niesamowicie rozważny i rozsądny, więc pozostawia im się decyzje, które za nas podejmują politycy i inni ważni ludzie. W Azji otrzymujemy znacznie większy margines wolności, niż ten, do którego przyzwyczailiśmy się w UE, gdzie przepisy regulują każdy nasz krok. Alkohol można spożywać gdzie dusza zapragnie, jeśli chodzi o palenie zakazy też nie są zbyt restrykcyjne, ulice dzieli się pomiędzy pieszych a samochody, wolno handlować czym się chce i straż miejska nie ma nic do gadania, zakaz spożywania narkotyków to właściwie przykrywka dla policjantów wyłudzających łapówki.
Dochodzi do tego też brak konieczności przedstawiania recept w aptece. Bez recepty dostaniemy antybiotyki, antydepresanty, antykoncepcję „po” i środki hormonalne. Zwłaszcza te ostatnie to temat dość kontrowersyjny. Za łatwość ich nabycia szczególnie wdzięczni są transwestyci, którzy dzięki temu już w młodym wieku mogą zacząć hormonalną kurację zmiany płci, którą po kilku latach można uzupełnić interwencją chirurgiczną.

3.      Możesz być, kim chcesz
O tożsamości płci w Tajlandii na pewno napisano już mnóstwo doktoratów, książek popularno naukowych i artykułów prasowych. Wciąż jednak dla przybysza z tak konserwatywnego kraju, jakim jest Polska, jest to fenomen wprost niewyobrażalny. No bo jak to?
Nie mam pojęcia, czy w Tajlandii pytanie o ilość płci kogoś w ogóle zastanawia. To, w jaki sposób człowiek się rodzi w najmniejszym stopniu nie determinuje jego późniejszego życia. Jeśli rodzi się chłopiec, może być chłopcem, może być dziewczynką, a może też transwestytą, albo jeszcze czymś pomiędzy. Odcieni transwestytyzmu jest tyle, ilu ich samych. Niektórzy ladyboy’e chcą upodobnić się jak najbardziej do płci przeciwnej, przechodzą operacje chirurgiczne, wszczepiają sobie implanty, hodują włosy, starannie ukrywają wszystkie męskie cechy. Innym wystarczy jedynie kuracja hormonalna, a męskich narządów płciowych nie chcą sobie wcale usuwać. Jedni dietami i ćwiczeniami walczą o to, by ich ciało wyglądało jak najbardziej kobieco, inni obnoszą się z szerokimi barami i jabłkiem Adama. I wcale to nieprawda, że ladyboy’e pracują tylko w seks biznesie. Mnóstwo przedstawicieli trzeciej płci można spotkać w tradycyjnych kobiecych zawodach, takich jak gastronomia, moda, edukacja. Tak, edukacja! Transwestyci w żaden sposób nie są izolowani od dzieci czy tzw. u nas „normalnych rodzin”. W szkole, w której odbywałam staż jeden przeuroczy lady boy, gej w dodatku, wydawał w stołówce obiady dzieciom, uczestniczył w szkolnym życiu (akademie, przemówienia, występy) i ogólnie był duszą towarzystwa. Innym razem, gdy ze szkołą wybraliśmy się do National Museum of Science zauważyłam, że grupy dzieci po obiekcie oprowadzali także transwestyci.
Dziewczyny nie są pozbawione podobnego wyboru. Może kobiece mniejszości nieco mniej rzucają się w oczy, ale nie jest wcale tak ciężko się na ich przedstawicielki natknąć. Dziewczęta, które decydują się na zmianę płci (znów, symboliczną albo faktyczną) nazywa się „tom boy”. Najczęściej są one też lesbijkami. W Tajlandii seks objęty jest dość poważnym tabu, co oznacza, że nie wypada okazywać sobie czułości w miejscach publicznych. Reguła ta nie dotyczy przedstawicieli tych samych płci, którzy wszędzie mogą się obejmować, przytulać i całować. Z tych ulg korzystają także tom boye, teoretycznie przecież dziewczyny, ze swoimi partnerkami. W związku z tym zdecydowanie łatwiej jest namierzyć taką homoseksualną parę w metrze czy na ulicy, niż w przypadku związków „po bożemu”, które można łatwo wziąć np. za rodzeństwo czy kolegów  z pracy.
Ciężko jest zamknąć ten temat rzekę w tak króciutkim tekście. Chciałabym tylko nieśmiało zasugerować, że wszystkich wypowiadających się o „naturalności” i „nienaturalności” płci i związków powinno się wysłać na krótkie wczasy do Tajlandii. Zmiana perspektywy gwarantowana.

4.      Holand? Poland? Czyli ile Tajowie wiedzą o Europie.
Świat zachodni jest wielki, i ciężko go w całości ogarnąć. Kto zresztą ma na to wszystko czas, kiedy wkoło tyle ważniejszych rzeczy. Wiadomo na pewno, że biali najczęściej pochodzą ze Stanów, Australii, a ci rudzi ze śmiesznym akcentem z Anglii. Większość białych w Tajlandii porozumiewa się po angielsku, skąd pochodzi dość naturalna konkluzja, że w całym świecie zachodnim mówi się tylko i wyłącznie po angielsku. Co prawda słyszeli gdzieś kiedyś o niemieckim czy francuskim, ale przekonani są, że obowiązuje w tych krajach jako drugi, po angielskim, język.
Jako przedstawicielka tak niewiele znaczącego kraju, który w dodatku nie skolonizował w przeszłości żadnego azjatyckiego obszaru, muszę dziesiątki razy literować nazwę państwa, potwierdzać istnienie języka polskiego (nie, nie mówimy w Polsce po niemiecku!) i tłumaczyć, że Poland to nie to samo, co Holand.
Więc jeśli ktoś, w ignorancji swojej, nazywa wszystkich Azjatów dla ułatwienia Chińczykami, to nie powinien się dziwić, że wszystkich nas, białych, biorą w Azji za Amerykanów. I proszę się bynajmniej nie obrażać, że nikt nie słyszał o Wałęsie i Krzyżakach.

5.      Palmy kontra lodowce
Wielu z nas do spędzenia wakacji w tropikach zachęca zmiana klimatu, otaczającej roślinności i fauny. Wizja białego piaseczku i wylegiwania się w hamaczku pod palmą kokosową to marzenie wielu białasów z zimnych krajów. Co ciekawe, mieszkańcy tropików równie zafascynowani są ideą spędzania urlopów w odmiennych warunkach klimatycznych. A jeśli nie starcza pieniędzy na wyjazd, można sobie urządzić mały lodowiec na przykład… w parku rozrywki.
Olbrzymie wesołe miasteczko o wdzięcznej nazwie „Dream World” znajduje się tylko kilka kilometrów od Bangkoku. W cenie biletu (nie taniego wcale, oj nie!) można skorzystać z dziesiątek atrakcji, wielkich kolejek, rollercoasterów, ślizgawek, diabelskich kół itd. Tylko 3 lub 4 atrakcje wymagają dopłaty. Jedna z nich to „Snow land” – pomieszczenie, w którym specjalne maszyny produkują śnieg, z którego można sobie ulepić bałwana, rzucać się śnieżkami czy pojeździć na sankach. Dla wieku Tajów jest to nie lada gratka, bo nigdy w życiu nie mieli okazji dotknąć prawdziwego śniegu.
Czasem dobrze jest sobie uświadomić, jak podobne mechanizmy rządzą ludźmi z całego świata. Oznaką luksusu dla mieszkańców Azji są wakacje w zaśnieżonych regionach Europy, a totalnym szaleństwem – nauka jazdy na nartach. Dodajmy do tego grzane wino i fondue, a sto lajków na blogu gwarantowane.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz