piątek, 21 grudnia 2012

2 miesiące w Bangkoku!



Życie w Bangkoku powoli powszednieje. Już tak strasznie nie dziwi, czasem trochę zdenerwuje, ale codziennie cieszy. Bo jak tu się nie wyszczerzyć, kiedy wychodząc rano po kawę widzę dziesięciu nieznajomych witających mnie uśmiechem? Jest coś ujmującego w tym uśmiechu. Po pierwsze, uśmiechają się kobiety, mężczyźni i dzieci (ladyboy'e... chyba też). Nie znaczy to wcale, że a) ktoś chce cię poderwać b) ktoś chce wcisnąć ci jakiś chłam c) mamy do czynienia z szaleńcem. Po prostu! Dlaczego się nie uśmiechnąć? Nie mogę sobie wyobrazić czegoś podobnego w Warszawie.



Tajowie być może nie są najbardziej komunikatywnym narodem, ale sztukę uśmiechu i robienia dobrej miny do złej gry mają opanowane doskonale. Córka mojego szefa, sześcioletnia Samanta, w ciągu dwutygodniowej wizyty w Bangkoku ani razu nie płakała ani nie grymasiła. Stłuczone kolano? Śmiech. Przytrzaśnięty palec? To samo. No problem.

Staram się jak najwięcej obserwować Tajów i ich codzienne życie. Interakcja na razie nie bardzo nam wychodzi ze względu na barierę językową. Wina oczywiście leży po obydwu stronach. Oni - bo jakimś cudem do głowy wchodzą im tylko rzeczowniki, w związku z tym można się jako tako dogadać, jeśli chodzi o kupowanie, ale jakakolwiek dłuższa konstrukcja nie wchodzi w grę. Ja - pomimo swojego upragnionego magistra z kulturoznawstwa nie jestem tu antropologiem w akcji i za mało się staram. Języka ledwo liznęłam, alfabetu nie chce mi się uczyć, przesiaduję głównie z ekspatami (tak, okazuje się, że istnieje takie słowo w języku polskim), no generalnie wstyd.

No i jedzenie. Po zachłyśnięciu się odmiennością azjatyckiego molocha wiele nie pozostało, ale w Bangkoku można spokojnie żyć dla jedzenia. Pośród mieszkańców i podróżników krążą legendy o najlepszym pad thai w Bangkoku, rzekomo przygotowywanym przez staruszka w kuchni na kółkach. Tu zastanawiam się trochę nad tą kuchnią. Właściwie jak takie cudo nazwać? Stoisko spożywcze? Wózek z żarciem? Mowa o niezależnych minikuchenkach z butlą gazową, w której bez wody i prądu tysiące Tajów przygotowuje posiłki, a kupuje każdy, od króla po żebraka. Powszechnie wiadomo, że w najwykwintniejszych restauracjach nie dostanie się świeższego i smaczniejszego jedzenia. I tu znów dygresjo-rada dla podróżujących w Tajlandii: wszędzie, tylko nie na Khao San! Uliczne jedzenie jest tam drogie, niesmaczne, a kucharze bardzo oszczędzają na droższych składnikach, tak że za 50 batów dostaje się zazwyczaj talerz smażonego makaronu bez żadnych dodatków.

Opcji spożywczych w Bangkoku jest tyle, że naprawdę trudno zliczyć. Warto iść do miejsca, które specjalizuje się w określonej potrawie, bo wiadomo, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Tak więc w najbliższej okolicy mamy kapitalną Panią od Zupy, od której, przyznaję bez bicia, jestem lekko uzależniona (i od zupy i od Pani). Od rana ustawiają się do Pani kolejki. Zupka z makaronem (tak! ta sama, której wersję instant kochają polscy wczasowicze na Mazurach) wzbogacona jest o kiełki soi i chiński szpinak, makaron do wyboru i mięsko wieprzowe. Pani dodaje też wyśmienite pierożki wonton, które lepi sama w wolnych chwilach, wszystko polewa rosołem, posypuje skwarkami i prażonym czosnkiem, a delikwent doprawia sobie michę sam: cukrem, chili, marynowanym chili, sosem rybnym, cytryną i orzeszkami. Ta najbardziej podstawowa i codzienna potrawa jest świetna na śniadanie (pomaga pozbyć się kaca!) i naprawdę nigdy się nie przejada.

Pan z Naprzeciwka specjalizuje się w smażeninie. Smaży się głównie rybę i kurczaka (głęboki tłuszcz, panierka). Ten człowiek jest jednym z powodów, dla których zamykają pobliskie KFC. Kurczak jest tu o niebo lepszy, gorący, chrupiący, podawany ze świeżym słodkim sosem chili. Ale to nie smażenie rządzi w miejscowej kuchni (chociaż początkującym może się tak wydawać). Ulubioną formą obróbki mięsa jest tu grill. Zapach dymu czuć od razu po przekroczeniu progu mieszkania (a nawet wewnątrz mieszkania, jeśli okna są otwarte) i razem z wszechobecnymi spalinami i innymi smrodkami niewiadomego pochodzenia tworzy specyficzną aurę Bangkoku. Miejscową specjalnością są mini szaszłyczki, na które można nadziać cokolwiek, od kurzej łapy po krewetki tygrysie. Umiłowanie do świeżego grillowanego mięsa dobrze widać w restauracjach "zrób to sam". Za niewygórowaną cenę (ok. 20 zł) dostaje się tu mały grill i nielimitowane mięso, warzywa i czego tylko dusza zapragnie. Największym problemem wydaje się tu kwestia "jak wychodząc z restauracji nie znienawidzić samego siebie?", bo oczywiście zamówiło się za dużo mięcha. Ja wychodziłam z niej z głębokim przekonaniem, że nigdy tam już nie wrócę i generalnie przechodzę na wegetarianizm.


A tu nasz skromny stół




.
Nielimitowane mięcho przyciąga tłumy
Tajlandia jest rajem dla mięsożerców, ale miłośnicy słodkości nie mogą narzekać. Podstawowe smaki tajskiej kuchni to słodki, kwaśny i ostry (czegoś zapomnieli? zdaje się, że słonego..). Cukier jest składnikiem zaskakującego zestawu potraw. Jedną z nich jest wspomniana wcześniej zupa z makaronem, ale nie obejdzie się bez cukru kurczak, wieprzowina, sos chili, zdaje się, że jest wszędzie. To co powinno być słodkie, jest 3 razy słodsze, niż byśmy chcieli (kawa, soki, drinki). Wynaleziono tu kilka genialnych deserów, na myśl o których już cieknie mi ślinka. Najbardziej lubię te z wykorzystaniem kokosa, mango i bananów. Jogurt z cząstkami kokosa i smażone banany przez jakiś miesiąc były moim standardowym śniadaniem (dopóki nie odkryłam przepysznych i słodkich jak ulepek naleśników z bananem polanych mlekiem kokosowym). Kolejnym hitem stały się lody kokosowe, podawane w połówce orzecha z kawałkami miąższu, polane zagęszczonym słodkim mlekiem i posypane orzeszkami. Ale absolutnym numerem jeden jest deser "mango sticky rice". Trzeba wiedzieć, że rodzajów mango jest sporo. Te, które je się na co dzień, z którego przygotowuje się sałatki i które rośnie sobie w ten sposób

jedna z odkryć pod tytułem "a więc to tak rośnie!!"


ma po zerwaniu kolor zielony, żywiczny posmak, bywa dość włókniste i niezbyt słodkie. Jest też odmiana zwana złote mango, około 3-4 razy droższa od manga standardowego, które ma kolor żółty, jest mięciutkie, słodkie i rozpływa się w ustach. Właśnie ono, pokrojone w kawałki, podawane na słodkim ryżu (gotowanym zdaje się z mlekiem kokosowym), polane sosem i posypane orzeszkami, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie jadłam w życiu.

Jest turystyka seksualna, jest narkotykowa, ale mi chyba najbliższa jest kulinarna! Ahoj!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz