Jeśli ktoś zastanawiał się, skąd ta przerwa w postowaniu, to śpieszę wyjaśnić. Otóż przydarzyła mi się nieciekawa historia, za którą trudno winić kogokolwiek innego, niż samą mnie. A wiadomo, że nikt nie lubi się przyznawać do błędów.
Tego dnia minął dokładnie miesiąc mojej pracy w Bangkoku. Z szefem umówiłam się, że wyjeżdżam na 10-dniowe wakacje, a po powrocie popracuję jeszcze miesiąc i będę gotowa do drogi zaraz po Nowym Roku. Otrzymałam do rączki swoje skromne wynagrodzenie, umieściłam je w całości w portfelu (błąd nr 1) i pobiegłam świętować w gronie starych i nowych znajomych.
Była akurat sobota, ja specjalnie zamieniłam się z kolegą zmianami, żeby wieczór mieć wolny. Na początek drineczki "na rozgrzewkę" w hostelu, bo alkohol w klubach jest okropnie drogi (250 B za podstawowe drinki). No i udaliśmy się na imprezę organizowaną przez znajomych Niemców. Impreza swoją drogą świetna, dobrzy dje, miłe towarzystwo.
Słyszałam co najmniej 15 razy przykazania dla turystów: wychodząc na miasto wieczorem nie bierz ze sobą dokumentów, pieniędzy jedynie tyle, żeby nie żałować w razie zgubienia, najprawdopodobniej nie będziesz potrzebował telefonu. Lecz niestety, z jakiegoś niewiadomego powodu, tego wieczora postanowiłam zignorować je wszystkie. Prawdopodobnie uwierzyłam, że nic złego nie może mi się stać, że już jestem "miejscowa", w Tajlandii jest miło i spokojnie, a ja przecież nigdy jeszcze nie wypiłam tyle, żeby stracić kontrolę.
No i stało się. Torebka ze wszystkim w środku zaginęła w akcji. Nici z wyjazdu do Chiang Mai, muszę czekać, aż bank wyrobi mi nowe karty debetowe. Proszę się nie martwić, mam troszkę gotówki a także paszport, no i dach nad głową.
Morał z tego taki, żeby nigdy nie przestawać uważać, i sobie nie odpuszczać, nawet, jeśli wydaje nam się, że jesteśmy całkowicie bezpieczni, ufamy naszym znajomym i nic złego się nie stanie. To tak ku przestrodze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz