Już od rana urwanie głowy. Udało mi się, po raz pierwszy chyba, otworzyć oczy o 6.30 rano, po niecałych pięciu godzinach snu (jako że zmianę kończę o północy i ani mi w głowie iść zaraz potem spać). Cały ten wysiłek po to, by zdążyć na pociąg o 7.45, który ruszał z odległej stacyjki Thon Buri do Kanchanaburi.
Biorę więc cały swój 2-dniowy sakwojaż, aparat, kremy z filtrem i od komarów, strój kąpielowy i inne bzdety i ruszam na poszukiwanie taksówki. Wszak nie będę się o tej barbarzyńskiej porze rozbijać autobusem. Nie przewidziałam jednak korków. Korki w Bangkoku w ogóle są dość nieprzewidywalne, można na przykład utknąć na pół godziny o 23, albo nawet po północy. Jak się okazało o 7 rano także. Szukam tej taksy i szukam, co chwila łapię jakąś, ale że panowie wybredni niczym taksiarze z "Misia", żaden nie raczy zabrać mnie na drugą stronę rzeki. Rozglądam się więc i widzę pana motocyklistę, ten już na mnie macha, podaje szalenie wygórowaną cenę, ja się targuję dzielnie, w końcu staje na 150 bahtach (ok 15 zł) za kurs na dworzec Thon Buri. Żeby być pewną, że zostanę dowieziona na miejsce, pokazuję panu paluszkiem na mapie, pan drapie się po głowie, pyta kolegi, wreszcie podaje mi kask i - jedziemy. Trzeba nadmienić, że zrobiła się 7.15, ale przecież motocykle nie stoją w korkach, więc na pewno zdążę. Mija 20 minut - nic. Po 25 zaczynam się niepokoić, ale pociągi w Tajlandii się czasem spóźniają, więc nie ma jeszcze tragedii. Ale mój pan taksiarz zamiast na dworzec dowozi mnie na stację metra "Thon Buri". Ja mu tłumaczę, że nie o to mi chodziło, że ma być pociąg, ciuchcia i "hu huuuu". Po godzinie jeżdżenia w tę i nazad, wypytywania wszystkich naokoło, w czasie której raz zeskoczyłam z motocykla, mówiąc, że dalej nie jadę, w końcu zauważam dworzec. Szkoda, że pociąg odjechał pół godziny wcześniej. Skruszony pan taksiarz częstuje mnie papierosem, ale nie daję się przekupić. Wręczam mu połowę umówionej sumy machając wymownie rękami na znak swojego niezadowolenia i raźnym krokiem odchodzę.
To tyle z
porannej draki. Potem już tylko zabawa. Żałuję, że nie udało mi się przejechać słynną koleją, której budowa kosztowała życie ponad sto tysięcy jeńców wojennych. Obecnie cała trasa uznana jest za zabytek, ale w użyciu jest jedynie 77 kilometrów. Oryginalnie kolej prowadziła aż do Birmy (czyli obecnie Mjanmaru). Ostatnia czynna stacja to właśnie Kanchanaburi, miasto znane ze względu na most na rzece Kwai, który znajduje się właśnie tam. Mają też muzeum ofiar wojennych, cmentarz i kilka innych smutnych zabytków.
Nie to jednak przyciągnęło mnie do Kanchanaburi. Miasteczko położone jest pośród gór, czy raczej wzgórz wapiennych, pomiędzy którymi wije się niemała wcale rzeka Kwai. Tajskie domki na palach ciągną się wzdłuż obu brzegów, niektóre z nich można nawet wynająć. Około 50 kilometrów na północ od Kanchanaburi zaczyna się obszar parków narodowych. Po miesiącu w Bangkoku jedyne czego naprawdę potrzebowałam to mały trekking z możliwością popływania w wodospadzie, więc mój wybór padł na Erewan.
Kolejne dwie godziny w zatłoczonym autobusie i proszę - wraz z grupą Francuzów wysiadamy tuż pod wodospadem. W Tajlandii chodzenie nie jest w cenie. Wszędzie dowożą Cię pod drzwi i dokładnie wskazują drogę 50-cioma drogowskazami, żebyś przypadkiem nie zabłądził.
Jeśli ktoś chce wiedzieć, jaka jest dżungla, mogłabym ją opisać trzema słowami: gorąca, mokra i szeleszcząca. Po krótkiej wspinaczce byłam tak mokrutka, że na koszulce po raz pierwszy w życiu zrobiła mi się duża morka plama. Na szczęście wspinałam się wzdłuż wodospadu. W każdej chwili można było ściągnąć ciuchy i popływać. Tylko jedno ale - czystą wodę upodobały sobie wielkie nieruchawe ryby, które nie tylko nie uciekają od człowieka, ale nawet podpływają i pewna jestem, że jedna ugryzła mnie w piętę.
Dość już tych opowieści. Niestety zdjęcia wyszły mi bardzo kiepskie, ale coś tam można wciąż zobaczyć.
| Drzewo Bodhi, (pod podobnym Budda osiągnął oświecenie). Każde z tych drzew jest w Tajlandii przebierane w takie "ubranko". |
| A tu już bar, jakich pełno w Kanchanaburi. Urzekł mnie slogan "Welcome to Budda Bar, welcome to alcohol". Inny bar w okolicy reklamuje się "Get shitfaced on a shoestring" parodiując tytuł przewodnika Lonely Planet |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz