czwartek, 15 listopada 2012

Rytmy Bangkoku



Niedługo stuknie miesiąc mojej tajskiej przygodzie. W tym czasie nauczyłam się wielu rzeczy, ale zwłaszcza tej jednej: to miasto nigdy nie śpi. Każda pora dnia i nocy ma swoich wielbicieli. Mnóstwo zamieszkujących Bangkok grup (społecznych, zawodowych) ma zupełnie inne tryby życia. 

Potrzeba mi było trochę czasu, żeby nauczyć się, gdzie i o jakiej porze szukać konkretnych uciech. Straganiarze mają bowiem tę właściwość, że w ciągu piętnastu minut potrafią zwinąć cały swój biznes i zniknąć, akurat kiedy masz ochotę na ich specjał, i zamiast smażonych bananów albo curry z kurczakiem i bakłażanem dostaniesz figę z makiem. 


Weźmy na przykład mnichów. Ci wychodzą o wschodzie słońca, przechadzają się po ulicach zbierając należną im jałmużnę do swoich misek. Jedną z ponad 200 obejmujących ich zasad zabrania jeść po 12 w południe, więc muszą się uporać z robotą wcześniej.


Również o 6 rozpoczyna się poranny seans aerobiku, joggingu, tai-chi i jogi w pobliskim Lumphini Park, jednej z niewielu oaz zieleni w tym mieście-śmietniku. Setki ludzi zbiera się tam o brzasku i z zapałem wylewa litry potu. Wybrałam się tam raz popołudniową porą (o 6 wieczorem odbywa się analogiczna sesja), żeby podpatrzyć joginów. Wyczyny instruktorki były, owszem, imponujące, ale wśród adeptów panowała luźna atmosfera - żarty, śmiechy, ploteczki. Nic z podniosłego skupienia, które chcielibyśmy widzieć na twarzach buddyjskich joginów. Obrazek zmienił się nieco, gdy pojawiła się grupa obcokrajowców, z zainteresowaniem obserwująca zajęcia jogi na trawie. Żarty na bok, czapki z głów. Panie po 50-tce bez problemu wykonują asany ze staniem na głowie, ciało instruktorki wydaje się przeczyć zasadom grawitacji, nogi ma jak z plasteliny i, przysięgam, ktoś musiał jej usunąć stawy biodrowe.

Krótko po 6 rano mamy paradę uniformów. Tajowie najwidoczniej mają do nich słabość. W mojej okolicy jest kilka szpitali. Każdy z nich ma osobne, czasem bardzo wymyślne i eleganckie ubrania, skrojone idealnie do figury każdej z pań i panów. Policjanci kierujący ruchem drogowym w godzinach szczytu opięci są czarnymi mundurami (nieraz baaardzo obcisłymi), strażnicy w metrze oprócz munduru mają wysokie buty i fikuśne kaszkiety. Cała młodzież szkolna nosi obowiązkową biel i granat (spódniczki u nastolatek są za kolano, ku rozczarowaniu męskiej części turystów).
 
24 godziny na dobę ulica zastawiona jest straganami z mydłem i powidłem, ale dopiero po jakimś czasie przybysz zauważa, że co kilka godzin mydło i powidło odrobinę się zmienia - rano większą popularność mają wózki przeróżnymi smażonymi i grillowanymi przekąskami, napoje z olbrzymią ilością lodu i zupa w woreczkach, popołudniem pojawiają się koszulki, okulary przeciwsłoneczne, podrabiane zegarki i elektronika, żeby nocą ustąpić miejsca viagrze, seksgadżetom i filmom video o wiadomej treści.

Każdy musi znaleźć swój własny rytm w tym kalejdoskopie. Mój to już materiał na osobny post...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz