13 dni do wyjazdu. Gorączkowe przygotowania. Lista spraw do
załatwienia zdaje się nie mieć końca. Dzięki książce (a właściwie audiobookowi)
Marzeny Filipczak „Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet”
wpadam w lekką paranoję i widzę, jak mało zorganizowany ze mnie podróżnik. Po
pierwsze, jeszcze 1,5 roku temu moje wyjazdy odbywały się, jak się okazuje,
zupełnie amatorsko. Nie miałam ubezpieczenia, nie robiłam szczepień, gotówkę
woziłam ze sobą w plecaku. Tak, Marzena Filipczak wszystko zaplanowała sobie
lepiej.
Idąc za jej radami, zaczęłam od szczepień. Po kilku nieudanych próbach w najbliższej przychodni, odesłano mnie do Poradni Medycyny Tropikalnej w Szpitalu Zakaźnym na Wiewiórczej w Białymstoku. Tam okazało się, że najbliższy termin, w którym mogę zostać przyjęta to 25 października, czyli już po moim wyjeździe. Skierowana do drugiej (i zdaje się, ostatniej) przychodni tropikalnej, dowiedziałam się, że za komplet szczepień przyjdzie mi zapłacić ponad 500 zł. Umówiłam się na piątek, ale czy pójdę, nie wiem. Szczepienie na żółtaczkę mam zrobione w szkole, byłam też szczepiona na wszystkie dury, błonice i tężce, które w dzieciństwie wcale nie uznawane były za choroby tropikalne.
Krok drugi – finanse. Dzięki wyżej wymienionemu audiobookowi
zaczęłam się obawiać, że moje jedyne źródło gotówki, karta debetowa, zostanie
mi skradzione. Zadzwoniłam więc w panice do banku spytać, co zrobić. W związku
z tym mam już umówione spotkanie z konsultantem i prawdopodobnie otworzę sobie
drugie konto, z drugą kartą, którą będę trzymać gdzie indziej niż pierwszą.
Krok trzeci, ubezpieczenie. Do najtańszych nie należy, np.
Euro<26 na 5 miesięcy to koszt ok. 550 zł (opcja bez sportów ekstremalnych,
ale takich raczej nie zamierzam uprawiać). I tu jeszcze się zastanawiam, bo
podobno opieka zdrowotna w Tajlandii jest na bardzo wysokim poziomie i nie jest
droga. Tak, wiem, jestem zupełnie
nieodpowiedzialna.
Krok czwarty, oblatanie wszystkich lekarzy przed wyjazdem.
Check.
Krok piąty, pakowanie.
Lista przedmiotów, które mają być niezbędne. 1. Saszetka na
pieniądze i dokumenty. Nie taka lamerska, którą grubi amerykańscy turyści noszą
na szyi na Wawelu. Saszetka musi być a) niewidoczna b) przypinana pod ubraniem.
Saszetkę tę planuję skonstruować sama, bo nie widziałam nigdzie czegoś
podobnego
2. śpiwór hand-made, czyli zszyte prześcieradło, podobno
na tradycyjny śpiwór ma być za gorąco. Moskitiera będzie moim pierwszym zakupem
po przyjeździe 3. Prewencja i wygoda: scyzoryk wielofunkcyjny, kłódka i łańcuch, przydatne w
przykuwaniu bagażu w autobusach i innych miejscach 4. Zdrowie: zestaw leków, o które ma być
trudno w Azji ma być niewielki. Plastry, środek odkażający, środki
przeciwbólowe, wapno rozpuszczalne, stoperan, fenistil.
Nie mam jeszcze wizy!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz