czwartek, 25 października 2012

Sweat city aka syndrom ustawicznie świecącego nosa

W Bangkoku nie uświadczysz rześkiego poranka. 35 stopni w dzień, 30 w nocy, każdy podmuszek wiatru jest na wagę złota. Skąpe ciuszki w zasadzie nic nie pomagają. Co ciekawe, Tajowie niespecjalnie się tym przejmują. Moi tajscy koledzy z pracy nie używają nawet nawiewu podczas siedzenia za biurkiem. Może nie lubią przeciągów?


Dress code to dżinsy i koszulka (nawet nie na ramiączkach, tylko z krótkim rękawem). Nie widziałam, żeby ktoś za bardzo się w takim ubranku spocił. W przewodniku po Tajlandii można wyczytać, że skromność jest jedną z narodowych cech Tajów. Nie wypada się za bardzo obnażać, a więc nierzadkim widokiem jest Tajka w sweterku z długim rękawem i zakrytych butach. Już od samego patrzenia robi się niedobrze.

Żeby wejść do świątyni, trzeba dostosować garderobę do okazji, czyli założyć długi rękaw, spodnie (lub spódnicę) przynajmniej do łydki i buty inne, niż sandały. Komu by to przyszło do głowy w takich wa takich warunkach?

Jeśli przyszedłeś nieadekwatnie ubrany, to jeszcze nie tragedia. Można za 5-10 zł wypożyczyć sobie elegancki, acz nieco przepocony sarong (spódnicę) i takąż koszulę. Tu szkocka krata, tam hawajski wzór kwiatowy, ale czego się nie zrobi, żeby zobaczyć leżącego Buddę.

Niestety, większość przyjezdnych ma problem. To zadziwiające, ile wody można wypić w ciągu dnia bez najmniejszej potrzeby chodzenia siusiu. Świecący nos i wiecznie mokre plecy - to sprawy, do których staram się przywyknąć. Ciężko jest w takiej sytuacji wyobrazić sobie zjedzenie gorącego dania w nieklimatyzowanej restauracji, wiacie czy pod parasolem na ulicy. Tak jest najtaniej i bardzo smacznie, ale trzeba się liczyć z potem lecącym ciurkiem po plecach.

Wczoraj uraczyłam się wietnamską zupką pho z różnościami (m.in. kurczakiem, wołowiną i wieprzowiną, przepiórczym jajem, dużą ilością smażonej cebulki szalotek i ziół). Kiedy kelnerka postawiła przede mną misę parującego rosołu już wiedziałam, że nie będzie łatwo. Po paru łyżkach zaczęłam robić dobry użytek z wielkiego pudła chusteczek, które szczęśliwie stały na stole - oczy zaczęły mi łzawić, z nosa kapało, a po nogach i plecach spływał wodospad. Nie pomagały spojrzenia z sąsiedniego stolika (zdziwienie? ciekawość? zażenowanie?): farang lady nie potrafi jeść za pomocą pałeczek w lewej ręce i łyżki w prawej! Tak, posiłek to dziś dla mnie prawdziwe wyzwanie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz